Oglądasz wiadomości znalezione dla zapytania: test kompetencji klasa szosta
Wiadomość
  Talenty forumowiczów
Tak na prawde to jestem leworęczna,ale moja mama w pierwszej klasie podstawówki siłą zmusiła mnie do przestawienia się na prawą.W szóstej klasie dwa dni przed testami kompetencji złamałam sobie prawą rękę i musiałam sobie szybko przypominać jak sie pisze lewą.Od tamtej pory pisze obiema.Może obiema na raz to pisać nie umiem ale jak mi się prawa zmęczy pisaniem to przekładam do drugiej
 
  Talenty forumowiczów
Tak na prawde to jestem leworęczna,ale moja mama w pierwszej klasie podstawówki siłą zmusiła mnie do przestawienia się na prawą.W szóstej klasie dwa dni przed testami kompetencji złamałam sobie prawą rękę i musiałam sobie szybko przypominać jak sie pisze lewą.Od tamtej pory pisze obiema.Może obiema na raz to pisać nie umiem ale jak mi się prawa zmęczy pisaniem to przekładam do drugiej


A jak z charakterem pisma ? Z obu rąk wychodzi identyczne ?
  Kajucha i Zeus :)
Nie wiedziałam w którym topiku mam to napisać no ale napisze u mojej Kajci: dziś pisałam test kompetencji po szóstej klasie i mam nadzieje że mi dobrze poszło. Trzymajcie kciuki na wyniki ja sie już boje... żołądek to mi podskoczy dopóki nie sprawdzą tego testu a przecież to potrwa jeszcze z 2 tygodnie R-A-T-U-N-K-U
  Plan lekcji.
jak to możliwe, że ona ma chika ma tak mało lekcji? O.o w szczególności, w szóstej klasie mieliśmy cholernie dużo. ! Przygotowania do testów kompetencji, kończyliśmy zawsze o 15:10 ale to zawsze. Oo' pamiętam to doskonale. jakby to było niedawno.
kończe przez CAŁY tydzień o 15:25. idzie się załaamać, plan beznadziejny jest. ale jakoś to będzie. musi być.
 
  Dyskusja

Nie, Chojwa... Heh, przypomniało mi się coś...

U nas w SP była taka świetna nauczycielka... Pani Jolanta Brzeska, nauczycielka języka polskiego. Cudowna z niej kobieta była, jednak jako nauczyciel zawsze stała na gruncie i pilnowała wszystkiego. Była ostra. Tak... Do tej pory pamiętam, jak potrafiła wrzeszczeć na wszystkich za to, że tylko Olka mogła zdobyś maksymalną ilość punktów z języka polskiego na teście kompetencji, a reszta nie. Oj, to były dobre czasy... Ostatni raz widziałam ją w październiku 2006r. Chociaż... Nie! Ostatni raz widziałyśmy się w maju. Z nogą w gipsie pojechałam na jej pogrzeb... Paskudna choroba uśmierciła wspaniałego człowieka... Dlaczego pani Jola? Nie wiem... Ale wiem, że zawsze będę ją pamiętać. A kiedy ją wspominam, widzę roześmianą, niską panią Brzeską. W szóstej klasie chyba ją przerosłam, ale nie pamiętam... I wiecie? Tak sobie marzyłam, że jak będę dorosła i skończę wymarzone studia prawnicze, to odwiedzę ją i będę z siebie dumna. Ale niestety zobaczymy się dopiero tam, na górze. A ona ciągle spogląda na uczniów i bacznie im się przygląda...

Ehh... Przepraszam, tak mnie naszło, jeśli o nauczycielach mowa. Mój wbrew pozorom najlepszy nauczyciel. I najbardziej lubiany. [*]
A jej powiedzonka...

"Praca domowa rzecz święta"
"Lekcja numer kolejny. Temat."
"Pędzelki"
"Miśka kraciasta"
I takie różne.... Oczywiście mówione to było odpowiednim tonem, dlatego brzmiało to... Nie umiem powiedzieć jak.
  Test szóstych klas
Jeśli byl taki temat to sorki, ale nic nie znalazłam

Chodzę do 5 klasy. Za rok będę pisać kompetencje.
Powiedzcie czy to że dobrze napisaliście kompetencje coś wam dało w gimnazjum??
Albo odwrotnie, czy słabo napisaliście kompetencje i co to zmieniło??

Albo czy np. Twoja koleżanka która napisała lepiej od Ciebie ma teraz jakieś fory czy cośw tym stylu??

Ogólnie mi chodzi co wam dało lub nie dało napisanie kompetencji dobrze/słabo ??i
  Czy też czujecie sie samotni z mangą?
Ja wymieniam się z koleżanką mangami ;)
Znaczy na razie to ona wynosiła mój dobytek, ale wczoraj spotkałam ją w autobusie jak wracałam z miasta... no i kupiła trzy mangi a jedną dostała w prezencie - Love Hina ;)
Także wymienie się z nia za Death Note ;)

co do tego czy klasa była tolerancyjna czy nie.. mój kolega (był ze mną i w podstawówce i w gim) strasznie nabijał się z tego, że słucham Metallici (kultowy zespół) no i nadal się nabija (wspomina mnie, można by rzec xD')
a tak to w podstawówce jakoś do 3 klasy ogladałam w TV i nie gadałam o tym za bardzo, a dopiero od 4-5 zaczełąm tak na forum pisać etc. i dopiero w gim o tym gadałam więcej... chociaż w szóstej chyba też... ( i tak z szóstej najbardziej pamiętam "ucieczke" z religii i test kompetencji xd)...
także było ok.
  "Polscy uczniowie są ogłupiani"
"Dziennik": Polski uczeń wart jest tyle, ile punktów zdobył na teście kończącym szkołę. Gazeta podkreśla, że zdaniem ekspertów, testy niszczą polską edukację. Ich zdaniem szkoły zamiast uczyć, produkują "rozwiązywaczy" zadań, którzy - jak pokazały wyniki tegorocznego sprawdzianu kompetencyjnego - nie potrafią nawet napisać prostego wypracowania.

"Dziennik" wylicza, że według nowego systemu, uczniowie mają test wstępny przed pierwszą klasą, test trzecioklasistów, potem na rozpoczęcie i zakończenie czwartej oraz piątej klasy, wreszcie sprawdzian kompetencji w szóstej klasie poprzedzony czterema egzaminami próbnymi.

Część pedagogów na łamach "Dziennika" broni jednak idei testów, bo pokazują słabe i mocne strony ucznia. Poza tym są powszechnie stosowane na świecie. Eksperci zwracają jednak uwagę, że w Polsce trzeba popracować nad ich jakością. Zdaniem gazety, wokół testów narosła swego rodzaju obsesja przygotowań. Nauczycielom zależy, by uczniowie dobrze na nich wypadli, więc przerabiają z nimi testy z poprzednich lat.

Eksperci alarmują jednak, że w tej szaleńczej pogoni za wynikami ani szkoły, ani rodzice nie zauważają postępującego ogłupienia polskich uczniów.

Zdaniem pedagogów, nowoczesny test - egzamin zewnętrzny, powinien być budowany tak, jak psychologowie budują swoje testy inteligencji ogólnej. Wyjaśniają oni w rozmowie z gazetą, że powinien sprawdzać nie tyle zasób wiedzy, ile integralność i funkcjonalność wiedzy, jaką posiada uczeń, a nie uczyć machinalnego rozwiązywania testów
  Sprawdzian kompetecji 6 klas !! pomocy !
Też jestem w szóstej klasie, i za... 3 dni mam test kompetencji. Z próbnego miałam tylko 32 punkty, mimo że był on bardzo prosty (dla mnie idealna ilość punktów to 36-37)
Ogólnie to robiłam po kolei- za radą pani, zadania z układaniem alfabetycznym zostawiłam sobie na koniec, przed kodowaniem- wypisałam w brudnopisie alfabet, i układałam za jego pomocą. Nadmienię, że potwornie się stresuję przed tym testem. No, powodzenia, Sumek!
Co do strategii:
1. Zrób najpierw to co umiesz (jak wolisz polski, to zadania zamknięte, a jak matmę- otwarte i zamknięte razem)
2. Najpierw rób otwarte- można zdobyć w nich więcej punktów, a w zamkniętych zawsze można strzelać.
3. Ja kodowałam dopiero po zakończeniu testu, i i tak zostało mi 15 minut, ale można też co kilka zadań kodować.
POWODZENIA, Riaga
  Hey, Hi, Hello. xD
Hmm. Od czego by tu zacząć? :> Pewnie już mięęę niektórzy znają bo jak to ja, inna dziewczyna, woli pisać na SB niż pisać posty i sie udzielać. ;P
Ale co tam. xD
Cześć.
Mam na imię Magda. Ewentualnie Madzia. Żadne tam Madziulki, Madziulinie, Madziusie, Magdalenki itp. Bo inaczej się wkurzę. A jak się wkurzam to lepiej nie wiedzieć, bo się posypie wulgaryzmami jak przerobiony odcinek sąsiadów na youtube. xD No, bo ten tego lubię ich oglądać. xD
Ile Laryśka ma lat? A chyba najmłodsza z forum, rocznik 1996. :D Idzie do szóstej klasy i będzie pisać test kompetencji. xd Pewnie nie zda do gimnazjum. xD Nie no żart, może 35-38 pkt będzie. ;P Może, morze to jest długie i szerooookie. :>
Ostatnio szybko się wzrusza z powodu olimpiady i ryczy jak słyszy polski Mazurek Dąbrowskiego - na olimpiadzie oczywiście. :> (Jak leci na zakończeniu szkoły i rozpoczęciu wykonywany przez szkolny chór zazwyczaj chce jej się jej już wyjść xP ) Kocha sport szczególnie siatkówkę. ^^" Kurde leci w TV u rodziców powtórka tego jak wygrali. :< Zaraz im powie, żeby ściszyli bo znowu się poryczę. xDD Czemu mówię o sobie w trzeciej osobie? Dobra nieważne. x)

Hmmm...co by tu jeszcze napisać? Ten, wróćmy do siatkówki, jestem w reprezentacji szkoły klas piątych, no obecnie szóstych. I tak nie wygrywamy. xDD
Moje zdjęcie? Jak mnie łądnie poprosicie to może wyszperam mój ryj. :>

No, chyba już wszystko. ^^"
  Oceny szkolne
Ja jestem teraz w pierwszej gimnazjum. A w szóstej klasie miałam takie wyniki:
Test kompetencji: 38/40:D
Oceny:
Język polski: 6
W-f: 4:-(
Reszta: 5
Średnia: 5,0
Zachowanie: wzorowe
Aha, mam do was takie pytanko. W gimnazjum można mieć dwie czy trzy czwórki, żeby mieć z paskiem. Bo mi wydaje się że trzy, ale qmpela gada, że tak jak w pedałówie dwie.
  Średnia
Ja miałam mieć srednią 4.8 A tutaj mi się teraz zdaje, że będę miała 5.0 albo 5.1
Wydawało mi się, że V klasa nie jest trudniejsza od 4 i 6, a tu.. Wniąski - Ze szkoły podstawowej najtrudniejsza jest V klasa. Szósta będzie łatwa, aby powtórzenie 5 lat I test kompetencji.
  test kompetencji. Jak wyniki?
Nio więc dzisiaj ukazały się wyniki testu klas szóstych Czyli innymi słowami testu kompetencji... Nio więc jak poszło szóstoklasistom (wątpie czy któś oprucz mnie i charlotte jest w 6 klasie, byla jeszcze megi ale jest zbanowana :/) Bo mi subcio 40/40 pkt (się musze pochwalić)
  Test.na.koniec.szóstej.klasy.
Chciałbym.abyście.trzymali.za.mnie.kciuki.ponieważ.jutro.piszę.test.kompetencji.

Dziękuję!
  Z uśmiechem witaj każdy dzień
Test kompetencji pisałam na koniec szóstej klasy, a egzaminy mamy 22 i 23 kwietnia
  Pierwszy raz
Pierwsza przeczytana książka: ''Pamiętniki Tatusia Muminka''
Pierwsza płyta: Brathanki, albo Macy Grey, nie pamiętam...
Pierwsza pasja: zwierzęta, chciałam zostać weterynarzem itd....
Pierwsza praca: przede mną.
Pierwsza przyjaźń: Kuba- coś niby do dziś zostało, ale to już tylko znajomość, nic więcej.
Pierwsza miłość: ja kiedyś strasznie kochliwa byłam, każdy jeden wydawał mi się moją wielką miłością, ale pierwszy był taki chłopak (nie pamiętam imienia) z ósmej klasy (ja byłam w drugiej)- dostawałam szału, wystarczyło, że obok mnie przeszedł... To było nienormalne...
Pierwszy film obejrzany w kinie: oj, na pewno coś Disney'a, ''Król Lew'' chyba.
Pierwszy koncert: Majka Jeżowska- to było wydarzenie!
Pierwszy chłopak/dziewczyna: wstyd się przyznać, ale jeszcze nie było w moim życiu nikogo takiego... A szkoda...
Pierwszy dzień w szkole: nic nadzwyczajnego... Tylpko trochę nerwów...
Pierwszy egzamin: taki co pamiętam, to test kompetencji na koniec szóstej klasy, ale jakies wczesniej były...
Pierwszy idol: sama nie wiem... Majka Jeżowska chyba...
Pierwszy zawód, o którym marzyłaś/łeś: Kucharz, później architekt (po moich rodzicach), później weterynarz... oj, mnie się zmieniało co tydzień.
Pierwszy samochód: Oj, za mała byłam, żeby zapamiętać...
Pierwszy zwierzak: Rybki, później myszki, teraz rybki i świnka morska...
Pierwsze używki: w grę wchodzi takie podpijanie alkoholu rodzicom ze szklanek, oczywiście w ich towarzystwie (grzeczna córeczka )
Pierwsze zarobione pieniądze: w mojej byłej szkole urządzany jest ''jarmark adwentowy'', na którym można sprzedawać różne dzieła artystyczne, spożywcze itp.- zarobiłam troszkę pieniążków za kartki świąteczne.
  Pijalnia
Może wyniki testu kompetencji na koniec (mojej) szóstej klasy??
  zerówka
Moja starsza córka we wrześniu pójdzie do pierwszej klasy, młodsza do zerówki.
Rok temu obie chodziły do przedszkola na Kwidzyńskiej. Dałam je tam gdy miały odpowiednio 3,5 i 2 lata, bo chciałam by były w jednej placówce, młodsza w grupie żłobkowej.
Wybrałam zerówkę przedszkolną, dalej na Kwidzyńskiej, gdyż:
- sama chodziłam do zerówki przedszkolnej i potem podstawówka była pasmem sukcesów połączonych z totalną labą
- sześciolatek nie jest jeszcze gotowy do szkoły, trudno mu się skupić, dążyc do celu, opanować własne emocje itd.
- zawsze warto przedłużyć dzieciństwo, jeszcze się nasiedzi w szkolnej ławie i nabędzie dorosła.
Po pół roku uczęszczania Eli do zerówki muszę przyznać, że ma już gotowość szkolną, a do tego pierwszy sukces w ogólnowrocławskim konkursie recytatorskim dla przedszkolaków W związku z tym Ola także będzie chodziła do przedszkolnej zerówki na Kwidzyńskiej.
A teraz o wyborze szkoły: Oceniałam szkoły na podstawie wyników na teście kompetencji na koniec szóstej klasy, tego jak traktują dzieci uzdolnione oraz te z problemami oraz odległości od nas (najdalej śródmieście). Inflancka sprawia wrażenie totalnego spędu, bylejakości i równania do dołu. Druga pod względem bliskości, Sycowska, to już w ogle masakra, w końcu to Psiak. Dobra jest na Chopina, nr 36, ale maja tyle chętnych, że pozbawili mnie złudzeń co do przyjęcia dziecka. Niezła też Nowowiejska, czyli nr 1, ma ceryfikat Szkoły z klasą, ale trochę nie po drodze. Byłam nawet w prywatnej podstawówce na Matejki, ale tam robią rozmowę kwalifikacyjną by wybrać najlepsze dzieci. Nie spodobał mi się taki wyścig szczurów od pierwszej klasy, ale 16osobowe klasy były bardzo kuszące oraz duży nacisk na naukę języków. Ostatecznie wybór padł na 12tkę, na Janiszewskiego, czyli na terenie kampusu PWr. Bardzo chętni by przyjąć dzieci spoza rejonu, wspierają uzdolnienia, pomagają dzieciom z różnymi problemami. Dużo sukcesów w różnych konkursach. Ale jak będzie powiem za rok
  Wpływ Tolkiena na nasze życie
No to i ja się przyłączę do wspominek
Z Tolkiena pierwszy był Hobbit - miałam to jako lekturę chyba w szóstej klasie podstawówki. Przeczytałam, a jako że przygodówki pochłaniałam w zastraszających ilościach, to przypadło mi do gustu. Jakoś mnie do Władcy nie ciagnęło. Po jakimś czasie, to było w zimie 2005 roku, na HBO leciały Dwie wieże. Pamiętam, że jak wyszła ekranizacja pierwszej części to tata przyniósł i oglądał, ale wtedy byłam chyba za mała i się znudziłam. No to stwierdziłam, że zobaczę, czy nadal mi sie to nie podoba, bo jakby nie było trochę słyszałam. No i zaczęłam ogląda Dwie wieże na półgwizdka. Że mi wpadł w oko pewien blondyn, do tej pory się wstydzę. W każdym bądź razie efektem oglądania Dwóch wież do północy było wykopanie starego maminego wydania Władcy i przeczytania go. Żeby było śmieszniej, próbowałam namówić przyjaciółkę, a ona nie chciała. Była u mnie razem z młodszą siostrą, kiedy na HBO znowu leciała druga część i ja sobie włączyłam, żeby si nagrywało, Chciałam oglądać, ale one nie chciały i wyszło na to, że bawiłyśmy się w chowanego a ja jak tylko mogłam to leciałam na dół żeby trochę pooglądać. Skończyło się na tym, że obejrzałyśmy całość do końca razem, a potem moja przyjaciółka i jej siostra też kupiły Władcę i przeczytały. Niedługo potem na TVNie leciała Drużyna i dzielnie ją nagrałam ze wszystkimi reklamami <jeszcze gdzieś mam kasetę>. Poszłyśmy raz z moim wujkiem na wycieczkę, którą on organizował w swojej podstawówce, w której uczył. Miałyśmy świetną zabawę, ja na poczekaniu zrobiłam łuk i robiłam za Legolasa <>blondynką jestem> a one za Aragorna i Gilmiego. Wujkowi, choć o tym nie wiedział, przypadłą rola Saurona xD.
Jak to wtedy na mnie wpłynęło? Na pewno na początku, kiedy jeszcze strasznie podobał mi sieLegolas, upinałam sobie włosy do tyłu. I tak poszłąm na testy kompetencji xD. Na szczęście szybko mi to przeszło. Poza tym chorowałam na płaszcz <i dalej choruję> ale jakoś nie umiem się zabrać, zeby taki z czegoś zrobić. Miałam zakusy na kupienie naszyjika Arweny, ale dałam sobie spokój. Obecnie poszukuję broszki do sukienki i nie obraziłabym się, gdyby to był listek
Łuk już wtedy miałam <efekt fazy na Winnetou> i razem z przyjaciółką strzelałyśmy do tarczy e steropianu <przeprowadzałam się wtedy i mieszkałam na półbudowie>. Do tej pory pamiętam strzałę z przyklejonym gwoździem. Niestety gdzieś ją wcięło, ale zrobiony przez starszego kolegę łuk mam do tej pory.
Poza tym znowu zaczęłam męczyć babcię, żeby uszyła mi sukienkę, taką jak ta biała Eowiny z Dwóch wież. Bardzo mi się podobają te szerokie rękawy. Muszę chyba w wakacje ponudzić, żeby mnie nauczyła szyć, to sama sobie zrobię.
Taa, w podstawówce latałam z łukiem, a w liceum porównuję matematyczkę do Saurona. I ile razy to zrobię, dostajemy głupawki razem z inną przyjaciółką, z którą siedzę w ławce. W wyniku takiej głupawki na gg powstały różne dzikie kupleciki. I jakoś dziwnym trafem powiedzenie przy tej przyjaciółce "Frodo" również kończy się głupawką.
Jak jeszcze na mnie wpłynął Władca? Najbardziej tp chyba tak, że zabrałam się za pisanie. Chociaż przyznaję ez bicia, że teraz wróciłam do Władcy po prawie dwóch latach. Ze zgrozą przypomniałam sobie historie, jakiechodziły mi kiedyś po głowie i byłam wdzięczna Valarom, że wtedy nie miałam dość cierpliwości, żeby je spisać.
Długo by chyba wymieniać, ale tp chyba "grzech główne". Na koniec nie z tematem dodam, że jadąc codziennie do szkoły mijam salon sukien ślubmnych "Arvena". Zero skojarzeń.
  Naruto - następne pokolenie
Za wszelkie pochwały pod adresem prologu dziękuję, a z krytyką w większości się zgadzam. Teraz pora na kolejny rozdział. Uwaga - długi jak cholera. ^_^

Rozdział 1
W akademii

Trzy lata później…

Yamashita biegł przez skalne pustkowie. Wyglądało to tak, jakby uciekał. Ale przed czym? Nawet on sam nie wiedział. Rozglądał się po otoczeniu. Poza piaszczystą ziemią i gołym niebem nie widział ani nikogo, ani prawie niczego. Czuł do tego całkiem wysoką temperaturę powietrza. Z każdą chwilą męczył się coraz bardziej. Biegł jednak dalej, mając nadzieję, że w końcu zobaczy coś więcej. Jednakże się przeliczył. Ostatecznie spocił się tak, że zaczął upadać na ziemię. Przyklęknął. Oparł się rękoma o nią, aby się podnieść. Ciągle jednak wtedy drżał. Gdy już postawił pierwszą nogę, na chwilę ustał. Zupełnie jakby był niemal sparaliżowany. Moment później jednak stanął na równe nogi. Wówczas kuśtykał – bo ciężko to było nazwać chodzeniem – dalej.

Po pewnym czasie poruszania się Yamashita zauważył w końcu z oddali czyjąś sylwetkę. Przyśpieszył więc na krótko kroku, aby zobaczyć, kto tam jest. Gdy już był blisko, obraz mu się przed oczami rozmazał. Chłopak upadł na ziemię. Oddychał ciężko, ale jeszcze nie stracił przytomności. Wtem też usłyszał parę metrów przed sobą głos:
- Podejdź tu bliżej.
Yamashita mogąc ledwo wstać, podpełzł do przodu. Po pewnym czasie stanął. Chwilę poleżał, a potem wstał na równe nogi. Kuśtykał mniej niż przedtem. Innymi słowy, na stojąco jeszcze się jakoś trzymał, toteż podszedł jeszcze chwilkę. Widział już nieco wyraźniej. A osoba, którą właśnie zobaczył, wprawiła go w osłupienie. Chociaż była odwrócona plecami, wiedział, kto to jest. To co do joty ta sama postać, którą widział trzy lata temu w pożarze swojego domu! Ten złoty płaszcz ze smoczym okiem na plecach rozpoznał bez problemu.

Yamashita starając się być grzeczny, zaczął:
- No, już jestem… Dzień dobry. Nie znam pana zbyt dobrze.
- Dzień dobry – odpowiedziała ta postać. – Nie trzeba ci wiedzieć, kim jestem.
- To może pan chociaż się odwrócić.
- O mojej twarzy także nie musisz wiedzieć.
- Nie obchodzi mnie to! – Ta sytuacja powoli wytrącała chłopaka z równowagi. – Nie rozmawiam z pana…
Zaczął wtedy czuć się jakoś dziwnie. Zupełnie jakby był sparaliżowany. Nie odbiegało to wiele od prawdy – nie mógł się w ogóle ruszyć.
- C-co się dzieje?! – krzyknął.
- Zgadnij – odpowiedział mu tamten mężczyzna. Yamashita dalej się nie odzywał, jeno zacisnął zęby i próbował cokolwiek zrobić. Nadaremnie jednak. Po chwili zdziwił się, jak – nie z własnej woli – zaczął się… cofać. Stawiał dosyć drobne kroki. Nie mógł się obejrzeć za siebie, ponieważ był kontrolowany. Może to tamten mężczyzna?… Poza nimi dwoma nie znajdował się tutaj nikt, więc to musiał być on. Yamashita zdziwił się jeszcze bardziej, gdy przy którymś z kroków jego noga… w ogóle przestała dotykać ziemi. Jak to? Przecież nigdzie nie widział żadnej przepaści! Czemu dopiero teraz się o niej dowiedział?… Przecież wcześniej jeszcze jakoś odrobinę widział i nigdzie nic takiego nie zauważył. W każdym bądź razie zaczął wówczas spadać. Wtedy też odzyskał kontrolę nad sobą. Było jednak za późno: zmęczenie sięgnęło u niego zenitu, przez co nie mógł nic zrobić, by się stąd wydostać. Wydał z siebie wrzask przerażenia. Kiedy obejrzał się za siebie, zobaczył, że zbliża się do otwartej paszczy smoka. Potem już nie widział nic…



Yamashita się obudził i od razu ustawił w pozycji siedzącej. Wydał z siebie zduszony okrzyk. Głośno, miarowo oddychał. Rozejrzał się po pomieszczeniu, w którym się znajdował. Wszystko było normalne… Leżał we własnym pokoju… Czyli to był tylko sen? Najwyraźniej… „Kurde… Dobrze, że się już obudziłem…”, pomyślał. „Tylko czemu to, co lubię, chciało mnie pożreć? Chyba w życiu tego nie zrozumiem.”.

Pokój, w którym chłopak się znajdował, należał wyłącznie do niego. Nie wyróżniał się niczym specjalnym. Po lewej stronie łóżka, w którym leżał, znajdował się duży regał z książkami, komiksami i tym podobnymi, do tego całkiem dobrze poukładanymi. Po prawej zaś stał stolik. Położone na nim były książka, którą Yamashita czytał, budzik, którego i tak nie używał, bo i po co, oraz… drobne pokłady kurzu. Nad łóżkiem chłopak powiesił sobie plakat z ciemnoczerwonym smokiem na czarnym tle, na którego dole znajdował się ogień. Na biurku znajdującym się naprzeciw łóżka nie panował zbytni porządek. Przed nim stało zwykłe, drewniane krzesło. Można było jeszcze zanotować w pokoju Yamashity dywan leżący na środku podłogi, żyrandol znajdujący się w centrum sufitu, dwa okna z widokiem na ulicę, szafę, komodę z postawionym dużym lustrem i… to chyba wszystko. Ściany i sufit były pomalowane na biało.

Yamashita spojrzał na budzik. Była 6:47. Czyli znalazło się wystarczająco czasu na załatwienie wszystkiego, co trzeba. Chłopiec postanowił jednak jeszcze trochę poleżeć i pomyśleć nad paroma sprawami. Szczerze mówiąc, nie chciał jeszcze wstawać. Czuł się nieco niewyspany i takie nagłe wstanie lekko by pogorszyło sprawę. Nic jednak dziwnego – jest teraz poniedziałek rano… No, ale to czerwiec, więc niedługo koniec akademii.

„Dobra, to o czym teraz miałbym rozmyślać?”, pomyślał Yamashita. „Hm…”
- Ach! – zasyczał lekko i złapał się za głowę. Dostał takiej migreny, że wolałby wyskoczyć przez okno. W końcu po krótkiej chwili ustała. Chłopak odrobinę pooddychał. „To już od soboty tak mam… Skąd i dlaczego? Rany, czemu nie poszedłem z tym do kogoś? Dobra, co mi tam, wstaję!”. Jak wymyślił, tak zrobił – zerwał się z łóżka, po czym popędził w stronę szafy. Wziął stamtąd ubranie i zaczął się ubierać. Widać na jego ciele czarną koszulę z głową smoka na plecach oraz żółtawe, sięgające do kolan spodenki, a także oczywiście sandały. Po ubraniu się podszedł do lustra. Rysy twarzy chłopaka były zdecydowanie doroślejsze niż trzy lata temu. Włosy miał rozczochrane, toteż wtedy je uczesał. Zauważył jednak na swoim czole coś, czego dziwił się zawsze, kiedy spoglądał w lustro. A mianowicie: w samym centrum czoła miał coś, co do złudzenia przypominało smocze oko. Odnosił wrażenie, że miał je od zawsze. Nie wiedział jednak dokładnie, kiedy, nie wiedział, gdzie, a także nie wiedział, jak. Chyba po prostu je miał. Co ciekawsze, za „trzecie oko” nie mogło mu służyć – w ogóle przez nie nie widział. A że nie chciał, by mu koledzy robili z tak głupiego powodu w szkole złośliwe komentarze, sczesał pióra włosów tak, aby to oko zakryć. Zawsze tak robił, chociaż, jak nietrudno się domyślić, był to wyjątkowo nieudolny sposób. Chłopak też o tym wiedział. Ale co dziwniejsze, okazywało się to bardzo skuteczne. Nikt się wówczas go przez nie nie czepiał.

- Yamashita!!! – wrzasnęła jakaś kobieta. Jej głos dochodził z dołu. – Złaź na śniadanie!
- Już idę, ciociu! – zawołał Yamashita w odpowiedzi. Odłożył do futerału szczotkę do włosów, po czym popędził czym prędzej po schodach na dół. Raz omal się nie wywrócił, ale nic specjalnego się nie stało. Już po krótkiej chwili znajdował się w pokoju rodzinnym. Usiadł przy zakrytym białym obrusem, niewielkim, drewnianym stole. Czekały tam na niego już talerzyk z kanapkami z szynką oraz szklanka wody mineralnej. Po chwili obok niego przysiadła się ładna brunetka z długimi włosami. A był to nikt inny jak Shimizu – siostra Yamashity. Usiadła obok swojego brata.
- Cześć, Yamashita – przywitała się dziewczyna.
- Cześć – odpowiedział jej jakoś beznamiętnie chłopak.
- Co ci jest?
- Nie wyspałem się.
- Ach, rozumiem… To nie będę ci zbytnio przeszkadzać.
- Nie przeszkadzasz.
- Skoro tak mówisz…
Po chwili przyszła do pokoju rodzinnego pewna kobieta. Jeśli chodzi o wygląd, była pozbawiona jakiegokolwiek uroku. A nawet wręcz przeciwnie, była brzydka niemal jak siedem nieszczęść. Na jej twarzy dało się zauważyć całkiem pokaźną liczbę zmarszczek. Oczy miała piwne, a włosy czarne, gdzieniegdzie nieco jasne jak na ten kolor. Była otyła. Nosiła okulary, a także czarną bluzkę, zielonkawe spodenki, których nogawki sięgały do kolan, oraz zwyczajne sandały.

Kobieta ta przysiadła się do stołu, przy którym siedzieli już Yamashita i Shimizu. Powiedziała głośno do tego pierwszego:
- Yamashita! Nie garb się tak przy jedzeniu, bo tak będziesz chodził przez całe życie!
- Pfff… - prychnął.
- Nie prychaj mi tutaj, tylko jedz!
- Ciociu, tylko byś marudziła, daj mi zjeść śniadanie! – odpowiedział nieco uniesionym tonem Yamashita.
- A co ja niby robię?!
- Narzekasz, że nie siedzę tak, jak TY chcesz…
- Yamashita, dość! – upomniała swojego brata Shimizu. – Tylko się pogrążasz!
- Skoro denerwowany jestem już z samego rana, to się nie dziw. A, tak przy okazji… Gdzie jest wujek?
- W pracy – odpowiedziała jego siostra. – Musiał wcześnie wyjść, dlatego nie je z nami śniadania. Wróci późnym wieczorem.
- Tja, jak zwykle…
- Nie gadaj, tylko jedz! – upomniała go ciotka.
Yamashita dalej się nie odzywał, jedynie grzecznie jadł. Kanapki z szynką smakowały mu, jak zwykle. Od czasu do czasu popijał wodą mineralną. Po zjedzeniu śniadania wstał z krzesła, ukłonił się, po czym zaniósł talerzyk i szklankę do kuchni. Umył wszystko. Wrócił z powrotem do pokoju rodzinnego, a potem zaczął iść po schodach.
- Pójdę sprawdzić, czy wszystko spakowałem! – zawołał, kiedy wchodził na górę. Nie odbiegało to od prawdy. Jednakże chciał zrobić coś jeszcze. Tak więc po sprawdzeniu plecaka, gdzie oczywiście wszystko zapakował, podszedł do lustra. Na chwilę usunął spod smoczego oka pióra włosów, by mu się lepiej przyjrzeć. Robił tak dosyć często. Nie wiedział, czemu tak dokładnie to robi. Może to przez tę fascynację smokami? W każdym razie po chwili uczesał pióra włosów z powrotem tak, aby zakryły częściowo to oko. Wtedy chłopaka znowu złapała migrena, tym razem jednak lekka. Na szczęście po chwili ustała. Potem on sprawdził zegar. 7:27… A że nie miał za bardzo co robić, wziął plecak i zszedł na dół.
- Shimizu, idziesz? – spytał się głośno, kiedy był już na parterze.
- Tak, już idę! – odpowiedziała równie głośno Shimizu.
Yamashita poszedł pod drzwi. Gdy tam już był, po chwili zmierzała w jego kierunku siostra. Oboje wówczas wyszli.

Oboje szli przez ulicę Wioski Ukrytego Liścia. Pogoda wręcz błyszczała swoją pięknością. Niebo z porozstawianymi gdzieniegdzie chmurami też było piękne. Oboje widzieli ludzi idących po ulicy. Różne czynności wykonywali: spacerowali, bawili się, dokonywali transakcji albo robili jeszcze co innego. Innymi słowy, w Konoha był spokój jak chyba nigdy. Yamashita oddychał świeżym powietrzem. Przynajmniej to go odprężało od niewyspania, ótni z ciotką, regularną migreną oraz faktem, że trzeba znowu iść do akademii, i to w poniedziałek. To była wręcz idealna cisza przed burzą. Obojgu się nie śpieszyło, toteż spacer trochę im zajął. Wówczas chłopaka znowu dopadła migrena. Złapał się za głowę i zacisnął zęby.
- Yamashita, coś ci jest? – spytała Shimizu. Migrena u brata ustała.
- Nie, nic… Od paru dni mi się zdarza, ale to nic specjalnego…
- Może powinniśmy iść z tym do lekarza?
- Nie! – krzyknął Yamashita. – Uch… przepraszam… Ale mówię, poradzę sobie. Niedługo powinno to minąć.
- Braciszku, dobrze wiesz, że powinnam ci w takich chwilach pomagać.
- No to pomóż mi, nie mówiąc mi nic.
- W porządku…
Rozmowa ustała i poszli dalej. W końcu dostrzegli z oddali wielki budynek. Nad wejściem napisane było „Akademia ninjutsu Konoha”. Na podwórku obrosło nieco trawą. Ono samo zaś było całkiem niezłych rozmiarów, do tego porozstawiano tego trochę: każdy mógł znaleźć ławkę, na której można by było usiąść, albo nawet drzewo, pod którym też można by było tak zrobić. Oboje jednak kierowali się stronę wejścia.

Gdy weszli do środka, skierowali się na trzecie piętro do sali, gdzie czekała na nich pierwsza lekcja w poniedziałek – historia. Na korytarzu przy drzwiach klasy zauważyli wysokiego, szczupłego chłopaka. Miał on niedługie, nastroszone, czerwone włosy oraz jasnoniebieskie oczy, a także łagodną i pogodną twarz. Nosił na sobie uwodzicielsko rozpiętą czarną koszulę, czerwoną kurtkę oraz czarne spodenki, których nogawki sięgały nieco poniżej kolan. Był to Yuki Yennta – kolega z klasy. Yamashicie niestety dawało się we znaki niewyspanie, toteż powiedział do niego chłodnym tonem:
- Cześć.
Tuż po tym szybko poszedł do klasy. Zwykle mówił tak chłodno, jak teraz, ale obecnie poczuł, że coś było w tym nie tak… Nie to, że nie lubił Yukiego. Po chwili usłyszał, jak bardziej radośnie przywitała się z nim Shimizu. „Cała siostra…”, pomyślał. „Za to ją lubię.”.

Yamashita usiadł przy jednej z ławek, a siostrzyczka razem z nim. Sala, w której miała się odbywać pierwsza lekcja, wyglądała całkiem niczego sobie. Podłoga, ławki, ściany i siedzenia były w miarę czyste. Wyglądała ogółem tak, jakby w tej klasie obyło się bez większej demolki. Z samego frontu można było zauważyć niewielkie biurko, przy którym zazwyczaj siedziała sensei. Znajdowało się ono po samej lewej stronie. W środku ściany frontowej widniała wyczyszczona z dokładnością co do milimetra, ciemnozielona tablica. Nad nią przybite były portrety sześciu Hokage, poczynając od pierwszego. Z lewej ściany, jak siedzieli uczniowie, były pootwierane okna, z których miało się całkiem ładny widok na podwórko szkolne, a nawet na ulicę Wioski Ukrytego Liścia, gdyby tak spojrzeć lepiej. Po innych stronach ściany widać było różne szafki i tablice informacyjne (w tym znany uczniom tekst na jednej z nich pt. „Najgorsza ściąga z historii w akademii Konohy”).

Yamashita dalej siedząc na swoim miejscu, ułożył się na ławce, jakby chciał na niej spać. I faktycznie – on robił tak, jakby to wyglądało prawdziwie. Był niewyspany, więc chciał to sobie nadrobić. I chwilę później usłyszał jakiś huk. Chłopak usiadł normalnie, by zobaczyć, co tam się działo. A mianowicie: jeden z jego kolegów z klasy wskoczył przez okno do sali. Zahaczył jednak nogą o parapet, przez co przeleciał ze dwa metry i wywalił się z efektownymi obrotami. Potem wstał i poszedł do swojej ławki. Miał on czarne, stojące włosy oraz zielone oczy. Nosił na sobie niebieską koszulkę i czarne spodnie. Był to Nanji Arato – kolejna osoba ucząca się w tej samej klasie, co Yamashita. Lubił wszelkie popisowe numery akrobatyczne. Był w nich całkiem niezły. Oczywiście uczniowie akademii przyjmowali je z mieszanymi uczuciami: jedni bili mu brawo, drudzy byli zażenowani, a inni obojętni. Do tych ostatnich należał Yamashita, który chwilę po tym poszedł dalej udawać spanie.

Jednak ledwie moment po tym rozległ się dzwonek na lekcję. Chwilę po nim weszła do klasy sensei od historii – Kumiko Kiokure. Była to dosyć młoda, szczupła kobieta o sięgających do szyi, ciemnych blond włosach i ciemnozielonych oczach. Pióra jej włosów zakrywały lekko te ostatnie. Wyglądem nie przypominała co prawda symbolu piękna, ale i tak pod tym względem dawała radę. Do tego miała zaiste piękne… oczy.

Sensei podeszła do biurka i zdjęła przewieszoną przez szyję podręczną torbę. Położyła ją na biurku i wyjęła swój notatnik. Usiadła na krześle i zaczęła wygłaszać:
- Dzień dobry wszystkim.
Około połowa klasy, w tym Yamashita, który już na razie siedział normalnie, zawtórowała jej krótkim „dzień dobry”.
- Cieszę się, że pomimo poniedziałku są te „co poniektóre osoby”, które mają ochotę posiedzieć na lekcji i z uwagą słuchać. No to dobrze, zanim przejdę do sprawdzenia, kto jest obecny na lekcji, to niech ktoś mi przypomni, na czym ostatnio skończyliśmy i co chciałam, żebyśmy omawiali.
Shimizu od razu wtedy wystrzeliła rękę w powietrze. Pani Kiokure ją wyznaczyła.
- Parę lekcji temu powtarzaliśmy na temat wielkich ludzi Wioski Ukrytego Liścia. Dzisiaj mieliśmy omawiać Czwartego Hokage – odpowiedziała dziewczyna jednym tchem. Sensei kiwnęła głową, po czym stwierdziła:
- Dobrze, dziękuję, Shimizu. To teraz sprawdzę listę obecności…
Nauczycielka jednak, zamiast wyczytywać kolejne nazwiska, po prostu liczyła wszystkich w klasie. Po wyliczeniu zaglądała do notatnika. Jak Yamashita osobiście policzył, okazało się, że nie było kilku osób. Sensei coś tam zapisywała, mrucząc przy tym. Mniej więcej co chwilę patrzyła się na klasę. W końcu powiedziała głośno:
- No, to zanim przejdę do właściwej lekcji, to macie jakieś pytania odnośnie Czwartego Hokage?
Cisza.
- Jakiś czas temu omawialiśmy Czwartego Hokage, a dzisiaj powtarzamy – powiedziała Kumiko, przerywając ciszę. - Mam rozumieć, że tylko niektóre osoby pamiętają, co wtedy mówiłam? Shimizu, wiem, że ty pamiętasz, nie musisz podnosić ręki do góry…
Nauczycielka podparła sobie policzek o zaciśniętą w pięść dłoń, kładąc łokieć na biurku.
- No, to mówi się trudno… Przynajmniej sobie powtórzymy – stwierdziła, po czym wstała z siedzenia i usadowiła się na biurku. Wygłosiła:
- Na początek należy wspomnieć, że tak naprawdę nie wiadomo za wiele na temat Czwartego Hokage. To wielka szkoda, ponieważ ten człowiek zapisał się złotymi głoskami w historii Wioski Ukrytego Liścia. I to nie tylko dlatego, że otrzymał stopień hokage. Zanim jednak do tych powodów przejdziemy, popatrzcie sobie na portrety wszystkich sześciu Hokage. – Wskazała portrety owych powieszone nad tablicą. – Widzicie dobrze portret Czwartego? Na pewno musicie.
Yamashita z ciekawości oglądał portret Yondaime. Zobaczył twarz młodego mężczyzny o rozczochranych, nieco gęstych blond włosach i niebieskich oczach. Spore pióra włosów zakrywały mu ochraniacz na czoło, a on sam przybrał neutralną minę. I jest jeszcze podpis na dole potretu, który na pewno kiedyś czytał:
„Czwarty Hokage
(Yondaime Hokage)
Minato Namikaze”
Był jeszcze napis głoszący, którego roku się urodził, a którego zmarł. Można było z niego wywnioskować, że Czwarty Hokage żył trzydzieści parę lat, a zmarł 32 lata temu. Po przeczytaniu tej informacji Yamashita poszedł dalej udawać spać. Nie żeby lekcja go nudziła, ale wiadomo…

Sensei wstała, poszła na środek sali, odwróciła się twarzą do klasy i powiedziała głośno:
- Przyjrzeliście się już? Cieszę się. To teraz przejdźmy do rzeczy…
W tym momencie nauczycielka podała dosyć ogólnikowe informacje – zainteresowania Yondaime, cechy charakteru, kogo miał za żonę, jak mu się żyło… Pani Kiokure tymczasem mówiła dalej:
- Już w dzieciństwie miał spory talent, przez co zdał akademię ninja już w wieku 10 lat, co obecnie byłoby nie do pomyślenia. – Sensei jeszcze coś mówiła, a potem Yamashita usłyszał tę ciekawszą część:
- Drużynie, do której należał Czwarty, przydzielono na senseia bardzo doświadczonego shinobi. Był to Jiraiya, jeden z trzech Legendarnych Sanninów. Pomimo swoich… zapędów, zboczeń, że tak to nazwę, był świetnym nauczycielem. Tak więc też Minato szybko wyrósł na jeszcze bardziej doświadczonego ninja. Niedługo potem też zaliczył dobrze wszystkie egzaminy selekcji chūninów, zostając tym samym shinobi średniej rangi. Jak się nazywa ten stopień, to się z pewnością domyślacie.
A dalej wykład toczył się różnie. Raz Yamashita słuchał sensei z większą uwagą, raz z mniejszą. Po kilka razy zwracała uwagę uczniom olewającym lekcję, w tym raz Nanjiemu za czytanie zwoju z tekstem niezwiązanym z tematem. Ale tym razem już się na niego nie denerwowała za to. Widać, już jakiś czas temu dała sobie spokój. Ale zwrócenie uwagi Yamashicie za udawanie spania na ławce był wart posłuchania:
- Yamashita, nie śpij! Jest lekcja! – krzyknęła sensei.
Chłopak wysunął głowę, by zobaczyć nauczycielkę. Potem usiadł prosto i powiedział:
- Pani sensei, proszę wybaczyć… Ja po prostu, nie wiedzieć czemu, nie jestem zbytnio wyspany… Ale proszę mi uwierzyć, słucham panią z uwagą.
Kiokure patrzyła się na Yamashitę groźnie, po czym stwierdziła tożsamo:
- Dobrze, wierzę ci, ale pamiętaj: to już ostatni raz!
Ten tekst zapadł mu w pamięć, odkąd sensei zaczęła go używać (czyli jakiś miesiąc temu). Ma sklerozę czy po prostu postanowiła być taka miła? Bo tych „ostatnich razów” było już trochę. Po tej scenie niektórzy robili takie miny, jakby usiłowali powstrzymać śmiech. Sensei pomimo tego kontynuowała wykład. Doszła w końcu do tego, kiedy i jak ten człowiek został Hokage i jak to wpłynęło na Wioskę Ukrytego Liścia. Opisywała nieco aspekty, jakie za czasu swojego panowania zostały zmienione w wiosce. Po chwili wspomniała:
- Nie mógł jednak niestety długo nacieszyć się tym tytułem, ponieważ…
W tym momencie pewien szczupły chłopak ze średniej długości kruczoczarnymi włosami, dużymi niebieskimi oczami oraz bladą cerą, który trochę już czasu trzymał rękę podniesioną do góry, przerwał nauczycielce, pytając się:
- Czy może pani sensei powiedziałaby więcej o treningu i walkach tego wielkiego Hokage?
Chłopak ten nazywał się Damato Mokuza. Sensei spoglądała na niego nieco gniewnie, po czym odpowiedziała:
- Czekaj, Damato, zaraz do tego dojdę… Więc tak: nie był za długo Hokage, ponieważ 32 lata temu Wioska Ukrytego Liścia była terroryzowana przez lisiego demona o dziewięciu ogonach. Miał on ogromną siłę – jednym machnięciem jednego ze swoich ogonów niszczył krajobraz i powodował tsunami. Ninja z wioski próbowali go powstrzymać, jednak nikomu się to nie udawało. W końcu nadszedł sam Czwarty Hokage. Użył on jednej ze swoich najmocniejszych technik – Shiki Fuujin. Dzięki niej można przyzwać boga zmarłych, który z sukcesem między innymi pieczętuje demona w wybranym przez shinobi ludzkim ciele. Jest jednak pewien poważny mankament tej techniki – ninja używający go po krótkim czasie umiera. Tak też zginął Czwarty Hokage. Zapieczętował demona w ciele pewnego niemowlęcia. Wiedział, co go czekało. Poświęcił swe życie, ratując Wioskę Ukrytego Liścia przed katastrofą. Wiecie? Czasem trzeba się poświęcić dla własnej ojczyzny. I ten człowiek jest tego wzorem.

Zaraz po tym Kumiko przeszła do tematu na pewno interesującego dla Yamashity:
- No dobrze, to teraz przejdę do części, o którą Damato tak się upraszał. Mianowicie: o zdolnościach bojowych Czwartego Hokage. W skrócie można by powiedzieć, że jest to chyba najpotężniejszy shinobi, jakiego miała Wioska Ukrytego Liścia. Jak mówiłam, już w młodości wykazywał spory talent do ninjutsu, a kiedy Jiraiya go wytrenował, to nie dziwne, że uzyskał właśnie taki tytuł. Sam jeden potrafił zmienić losy całej bitwy, a nawet wojny. Zresztą wystarczająco wymowne były rozkazy Kage wiosek atakujących Konohę, w których powiedzieli, żeby unikali Czwartego Hokage. Wiedzieli bowiem, że atak na niego to tylko marnotrawstwo żołnierzy. Nic dziwnego, bowiem znał on mnóstwo potężnych technik. Nauczył się autorskiej techniki Hiraishin no Jutsu – teleportacji – a także ulepszył kilka, w tym też znany w niektórych kręgach Rasengan. Z kolei Jiraiya nauczył go Kuchiyose no Jutsu. Yondaime podpisał wtedy, jak jego sensei, pakt z żabami. Zresztą tych wszystkich technik jest sporo. Na pewno uczyliście się o nich zarówno na lekcjach ninjutsu, jak i na moich… Wspomnę więc tylko o nazwach technik. Zapiszcie sobie, gdyż na pewno niektórzy będą chcieli sobie o nich poczytać… Tak więc wspomnę tylko o technikach: Kage Bunshin no Jutsu, wymienione wyżej Shiki Fuujin, Rasengan, Hiraishin no Jutsu… - Tu trwała całkiem spora wyliczanka jutsu, jakie znał Czwarty Hokage, pomijając techniki podstawowe. – Dużo, prawda? A do tego należy jeszcze dodać jego niewiarygodną szybkość, siłę i inne atrybuty, które sprawiały, że był wyjątkowym ninja. Po prostu prawdziwy wzór do naśladowania. Z kolei wszystkie co potężniejsze techniki, jakie znał, po jego śmierci trafiły do kanonu technik zakazanych, czyli takich, które są bardzo niebezpieczne i mogą być użyte tylko w ostateczności.

Po chwili w klasie nastała krótka cisza. Do dzwonka zostało jeszcze kilka minut. Sensei w końcu się zapytała:
- No, myślę, że to na razie koniec wykładu. Czy komuś nasunęły się jakieś pytania?
W tej chwili Nanji podniósł rękę wysoko w górę. Nauczycielka go wyznaczyła, po czym ten się zapytał:
- W jaki sposób Czwarty został zauważony jako kandydat i wybrany na Hokage? I czy musiał przejść jakieś sprawdziany kompetencji albo coś w tym stylu?
Po czole sensei spłynęła kropelka potu. Yuki, który to zauważył, zwrócił się głośno do Nanjiego:
- Nanji, przestań zadawać głupie pytania. Poza tym odpowiedzi na twoje pytania zakłopotałyby nawet Czwartego Hokage. To jest jedna z tych rzeczy, o których się nie rozmawia.
- Nie, Yuki, to dobre pytanie. I siadaj, dzwonka jeszcze nie było… Więc tak: Czwarty Hokage został dostrzeżony przez znanych ludzi z tamtych czasów, czyli głównie przez Trzeciego. Można z filozoficznego punktu widzenia powiedzieć, że te „sprawdziany kompetencji”, o których wspomniałeś, to całe życie. I okazuje się, że jest to bliskie prawdy. To dlatego, że przez owo całe życie shinobi jest poddany testowi kompetencji. Trzeba sprawdzić, jak bardzo jest sprawny, jak sobie radzi w życiu i co potrafi. Podczas całego życia przechodzi ten test i to od jego wyników zależy, czy np. zostaje Hokage, czy nie. Może więc dlatego Czwarty Hokage, który ten sprawdzian zaliczył idealnie, został dostrzeżony przez Wioskę Ukrytego Liścia i wybrany na nowego Kage tej krainy? Może właśnie dlatego to on nim został? To bardzo prawdopodobne. I to jest chyba odpowiedź na pytanie, która, mam nadzieję, cię zadowoli. No, jeszcze jakieś pytania?
Podniósł rękę jeden z uczniów, który się zapytał:
- Sensei, a musimy się uczyć w ogóle historii? Przecież i tak się z niej nie odpowiada na egzaminie akademickim!
- Tak, musicie się jej uczyć. I to nawet pomimo tego, że nie będziecie raczej jej zdawać na egzaminie akademickim, tylko te podstawowe techniki ninjutsu. To dlatego, że znajomość informacji z innych lekcji też jest potrzebna, by, że tak powiem, dobrze funkcjonować w świecie. Bo co się stanie, kiedy ktoś się was spyta o np. Czwartego Hokage, a wy wtedy odpowiecie coś w rodzaju: „Czw… kto? Kto to był?”? Trochę o historii Kraju Ognia i okolic powinniście wiedzieć! Uwierzcie mi na słowo – przyda się to w życiu. A, jeszcze jedno: zadajesz to pytanie już od kilku tygodni. Może byś trochę ochłonął? Przecież moją odpowiedź znasz chyba na pamięć. A historii i innych przedmiotów będziecie się uczyć i tyle!

Yamashita zobaczył w sensei zdenerwowaną minę. Po chwili podniósł rękę i się zapytał:
- Pani sensei, mnie nurtuje jedna rzecz. Mianowicie: jedna z technik Czwartego Hokage, Kage Bunshin, trafiła do listy zakazanych jutsu. A jest to technika rangi B, dzięki której można wytworzyć nie tyle więcej klonów, co prawdziwe ciała, a nie iluzje. No i się zastanawiam, z jakiej racji ta technika znalazła się w tym kanonie.
Yamashita nigdy nie należał do osób lubiących się w pewnych sprawach wysilać. Był dosyć leniwy. Tym niemniej takie rzeczy, jak np. techniki używane przez wielkich ludzi, go interesowały. Sensei Kumiko popatrzyła chwilę na niego siedzącego w napięciu i przygotowującego się do wysłuchania wykładu. Trochę zaskoczona odpowiada:
- No cóż… To dlatego, że Kage Bunshin no Jutsu jest to, jak dobrze powiedziałeś, technika rangi B, która tworzy prawdziwe ciała, a nie iluzje, jak zwykła replikacja. I masz rację, że potrafi wytworzyć tych klonów więcej. Jednakże na ich przywołanie trzeba zużyć więcej czakry, co w przypadku przesady powoduje poważne zmęczenie ninja używającego tej techniki. Można przyzwać dowolnie dużą liczbę klonów, a także użyć techniki Tajū Kage Bunshin no Jutsu, dzięki której wytwarza się ich bardzo, ale to bardzo dużo. Nawet do dwóch tysięcy. A to już może spowodować śmierć. Do tej pory słyszałam tylko o jednej osobie, która miała takie pokłady czakry, by zrobić dowolnie dużo klonów, niespecjalnie się przy tym męcząc. Ale to już może temat na inną lekcję…
- Pani sensei – powiedział Yamashita. – Dobrze pani wie, że kolejną, a przy tym ostatnią lekcję mamy pojutrze. Nie zostało wcale aż tak mało czasu do dzwonka, więc może pani powie o tej osobie teraz?
- Dobrze więc – odpowiedziała po krótkim namyśle sensei Kumiko. – Opowiem o niej tyle, co sama wiem. A znam tylko strzępki informacji. Wiem przede wszystkim to, że ten człowiek dał się we znaki całej Wiosce Ukrytego Liścia. Mówi się też, że był synem Czwartego Hokage. Nie był może wielki stopniem, przynajmniej do pewnego czasu, ale duchem i poświęceniem i owszem. Starał się zostać jak najlepszym ninja. Jego marzeniem było przewyższenie wszystkich poprzednich Hokage. Obecnie jednak przepadł bez wieści i nikt nie wie, gdzie jest i czy nawet jeszcze żyje. Wiem też tyle, że nazywał się… Zaraz, jak mu było… A, no tak. Nazywał się Naruto Uzumaki.
W tej chwili rozległ się odgłos dzwonka na przerwę. Wszyscy uczniowie zaczynali się pakować i wychodzić z klasy. Jedni stali sobie w korytarzu, inni poszli na dwór. Yamashita także się spakował i wyszedł z sali razem z Shimizu.

- Bardzo ciekawi mnie ten Naruto Uzumaki – powiedział do swojej siostry. – Szkoda, że zaginął, bym go lepiej poznał…
- No, ja też – stwierdziła z uśmiechem siostra. – Pokrewni z jakimkolwiek Hokage zawsze wzbudzają wśród pewnych kręgów zainteresowanie.
- No… A teraz pozwolisz, że cię opuszczę? Muszę iść potrzebę załatwić.
- Dobra – odpowiedziała z uśmiechem siostra. Nawet odrobinę zaczęła chichotać. Yamashita więc popędził w stronę toalet znajdujących się na trzecim piętrze, również tam, gdzie miał lekcję historii. Przechadzał się krótko korytarzem, mijając parę drzwi. W końcu doszedł do miejsca, do którego chciał. Zobaczył będące blisko siebie białe drzwi toalet: lewe do damskiej i prawe do męskiej. Spotkał tam też przy nich Yukiego.
- O, cześć – powiedział trochę zdziwiony.
- Cześć… - odpowiedział mu kolega.
- Nie wiedziałem, że cię tu znajdę. Chętnie bym z tobą odrobinę pogadał, ale muszę iść potrzebę załatwić.
Poszedł do drzwi męskiej toalety i chwycił się klamki. Gdy otworzył, na krótko się odwrócił do kolegi, mówiąc:
- Jeśli nie wchodzisz do łazienki, to… to na razie!
Wszedł. Łazienka nie należała do najbardziej przyzwoitych, jak to męska. Na lewej ścianie był zlew z kranem, a nad nim lustro. Naprzeciw drzwi stały trzy pisuary, a po prawej stronie pomieszczenia znajdowały się cztery kabiny z toaletami. Yamashita podszedł do pierwszego pisuaru z lewej i ustawił się lekko kątem, odrobinę plecami do kabin. Wyjął interes i zaczął się koncentrować na swojej czynności. Przez pewien czas nie działo się nic. „No lej w końcu!”, pomyślał nieco zdenerwowany. Kiedy już chciał odłożyć to na później, nareszcie zaczął załatwiać potrzebę. Chwilę potem schował interes i wyszedł z łazienki. Gdy już był przy wyjściu, znowu poczuł migrenę, i to całkiem niezłą. Chwycił się za głowę i oparł o ścianę. Zacisnął zęby. Po chwili dopiero ból ustał. Yamashita oddychał miarowo. Wyprostował się potem i skierował na dół, aby wyjść na dwór. Wewnątrz było nieco duszno. Kiedy jednak już był przy wyjściu z akademii, usłyszał dzwonek na lekcję. Nieco zgryźliwy poszedł więc na drugie piętro, gdzie miała się odbyć druga lekcja – ninjutsu.

Wszedł do otwartej sali od tych zajęć. Klasa wyglądała nieco skromniej niż ta od historii. Tablic informacyjnych na ścianach było niewiele. Na środku sali przed ciemnozieloną tablicą znajdowało się biurko, przy którym zazwyczaj siedział nauczyciel. Całe wnętrze pomieszczenia nie prezentowało się może najbardziej okazale, ale przynajmniej nie przeszło przez nie tornado czy inne stado uczniów. Yamashita usiadł przy jednej z ławek. Po pewnym czasie już zebrali się tutaj wszyscy, w tym Shimizu, która jak zwykle siadła obok chłopaka. Może było nawet więcej osób niż na pierwszej lekcji. W klasie rozpętał się gwar. Było tak głośno, że ciężko było w ogóle rozmawiać. Gdy tylko jednak wszedł sensei od ninjutsu, hałas ucichł. Nauczyciel teorii i praktyk o technikach ninja nazywał się Kazuma Kiokure. Wyglądał na osobę w młodym wieku, może nawet mniejszym niż jego żona, Kumiko. Miał ciemnobrązowe i wyraźnie nieostrzyżone włosy - chociaż dosyć krótkie - oraz oczy koloru piwnego. Na policzku dorobił się niewielkiej blizny. Nosił na sobie kurtkę chūnina.

Sensei podszedł do swojego biurka, usiadł na krześle, zostawił rzeczy na biurku i założył ręce. Po chwili odrobinę lekceważącym tonem powiedział do klasy:
- Witam wszystkich.
Około połowa osób, w tym Yamashita, odpowiedziała krótkim „dzień dobry”. Nauczyciel westchnął, po czym powiedział do was wszystkich, tylko już nieco donośniejszym głosem:
- Jak sami wiecie, w czwartek odbędzie egzamin akademicki, z którego będziecie zdawać z technik ninjutsu. A ze względu na to, że MUSICIE być przygotowani do niego, zapowiedziałem, że w tym tygodniu będą ćwiczenia z technik na ocenę. Zresztą nie wiem, czy chociaż połowa z was się uczyła z tego…
Jak zwykle sensei był wobec klasy zgryźliwy. Nic dziwnego: z tego, co Yamashita wiedział, przez trzy lata uczył w akademii ninja Wioski Ukrytej Mgły. Przeprowadził się potem do Konohy i już przez kilka lat tam uczył. Od czasu reform przeprowadzonych przez Szóstego Hokage przejął lekcje ninjutsu. Zasłynął jako człowiek, który czasem nie mógł się powstrzymać od rzucenia jakiejś kąśliwej uwagi na temat klasy, korzystał czasem z brutalnych metod, był wymagający i lubił krzyczeć (przynajmniej tak to wyglądało). Przy nim Kumiko była grzecznym barankiem, ale to między innymi dlatego, że niekiedy starała się być miła. Po chwili sensei kontynuował:
- Jako dzisiejszą technikę do zaliczenia wybrałem Bunshin no Jutsu. Waszym zadaniem jest stworzenie co najmniej dwóch klonów. Zresztą założę się, że chociaż części waszej klasy nie uda się zrobienie tego, o co proszę… Mam jednak nadzieję, że tak nie jest, bo inaczej wiecie, co was czeka…

Potem sensei zaczął wyczytywać kolejne osoby, które miały zrobić technikę replikacji. Yamashita w oczekiwaniu na swoją kolej wyjął sobie książkę i zaczął czytać. Kiedy jednak szło mu to strasznie opornie, postanowił ją spakować i znowu pójść udawać spać. Po całkiem sporym czasie usłyszał:
- Ryūjin Shimizu!
Shimizu wstała z ławki. Podeszła spokojnie z pewnym uśmiechem na twarzy. Znikł jej, kiedy już przyszła do senseia. Skoncentrowała się, zrobiła pieczęć, a potem powiedziała głośno:
- Bunshin no Jutsu!
Pojawiła się chmura dymu. Gdy opadła, widać było, że dziewczyna stworzyła trzy klony przypominające do tego całkowicie ją samą.
- Sześć – odpowiedział na to sensei.
Dziewczyna odwołała klony i powróciła z tym samym uśmiechem, z którym przyszła, do ławki. Po niej Kazuma odczytał kolejną osobę:
- Ryūjin Yamashita!
Yamashita „obudził się”, czym prędzej wstał i podszedł do senseia. Zrobił to samo, co Shimizu, a potem wypowiedział głośno:
- Bunshin no Jutsu!
Tym słowom znowu towarzyszył dym. Kiedy opadł, zobaczył dwa identyczne do siebie klony. Sensei patrzył z lekkim niesmakiem na Yamashitę, a potem się zapytał:
- Nie mogłeś zrobić trzech?
- Mogłem, ale pan kazał zrobić co najmniej dwa. To po co się tak wysilać? – odparł chłopak.
- Po to, że czasem spory wysiłek może zadecydować o wszystkim – odpowiedział sensei z jakimś dziwnym spokojem. – Mimo to może być. Pięć.
Yamashita odwołał klony, wrócił na miejsce i usiadł. Pan Kiokure wywołał jeszcze parę osób. Po „obsłużeniu” wszystkich powiedział:
- No, do dzwonka zostało niewiele czasu, więc powiem coś od siebie. Okazuje się, że jednak nie jest tak tragicznie, jak myślałem. Były takie przypadki, które bardzo się postarały i były też takie, którym poszło fatalnie. Powiem więc tym drugim tyle: UCZCIE SIĘ, LENIE! Jak chcecie zdać egzamin, skoro takiej techniki nie umiecie zaliczyć?! – Po tej kwestii sensei wziął głęboki wdech, po czym kontynuował:
- Och, już mi lżej. Tak więc pamiętajcie: jutro będziecie mieli zaliczenie z kolejnej techniki, więc uczcie się…
Wykład został przerwany przez dzwonek na przerwę. Wszyscy wstali z ławki i zaczynali wychodzić z klasy. Yamashita zrobił tak samo. Przy okazji znowu poczuł ból głowy. Chłopak złapał się za głowę, ale ta migrena w porównaniu z niektórymi poprzednimi była do wytrzymania. Gdy minęła, zobaczył przed sobą swoją siostrę, która na niego czekała.

- Tobie poszło jak zwykle świetnie – pochwalił chłopak Shimizu, kiedy razem szli przez korytarz na dwór.
- Wiem. W końcu się uczę – odparła z uśmiechem siostra. Zachichotała.
- Hm?
- Nie, nic.
- Aha. Wiesz co? Wpadłem pewien czas temu na pomysł…
- Jaki?
- Jak wyglądała twarz Yukiego rano, gdy go zobaczyłaś?
- Niech pomyślę… Spoglądał się na ciebie z dosyć nienajlepszym wzrokiem. Ale był to w sumie wzrok neutralny.
- No nie wiem… Może pójść z nim gdzieś? Co ty na to?
- Hm… Nie mam nic przeciwko.
- Świetnie… Czyli pójdziemy razem we trójkę. Tylko gdzie? Może do kina?
- Możemy. Tylko pamiętaj: tym razem TY wybierasz film. – Na twarzy Shimizu znowu pojawił się tajemniczy uśmiech.
- Jasne. Ale to wybierze się później. Pójdźmy do niego i zagadajmy.
Oboje poszli w stronę boiska szkolnego. Gdy tam doszli, porozglądali się. Miało ono całkiem niezłe rozmiary. Teren porośnięty był trawą. Znajdowali tam już chyba wszyscy uczniowie ostatniej klasy. Nic dziwnego: następna lekcja miała dotyczyć taijutsu, a w takie dni jak ten odbywała się na boisku. Oboje zauważyli po chwili Yukiego leżącego na ławce. Podeszli do niego.
- Przepraszam, czy możemy się przysiąść? – zapytała Shimizu.
- Jasne – odpowiedział szybko Yuki. Przysunął się na bok ławki i ona razem z Yamashitą usiadła. Ten z kolei chrząknął i zaczął mówić:
- Yuki… mam do ciebie… eee… pytanie. Mianowicie - ja i Shimizu tak myśleliśmy nad tą sprawą i chciałem się ciebie spytać: czy nie wybrałbyś się z nami do kina? Tak dzisiaj o osiemnastej?
Kolega się do nich uśmiechnął i odpowiedział:
- Jasne. Byłoby bardzo miło.
Spojrzał Shimizu w oczy.
- Więc do zobaczenia, Yuki… - powiedziała.
- To do zobaczenia dziś o osiemnastej! - dodał dość szczęśliwy Yamashita i oboje odeszli w innym kierunku, rozmawiając po drodze.
- No patrz, udało się! – powiedział chłopak do swojej siostry. – Czyli zaproszenie do kina zakończyło się sukcesem…

Shimizu już chciała coś powiedzieć, kiedy nagle słychać było odgłos dzwonka na lekcję. Gdy po nim znowu coś próbowała zagadać dalej, Yamashita zauważył, jak z pobliskiego drzewa doszło do eksplozji. Drzewo zwaliło się na ziemię, spadając od strony boiska. Upadek też był głośny. Zaskoczony był takim obrotem sprawy. W końcu zwalone drzewo na terenie akademii ninjutsu należy zwykle do widoków dosyć… niecodziennych. Po chwili od strony akademii szła pewna osoba. Chłopak rozpoznał w niej nauczyciela taijutsu – Takeshiego Hikamurę. Był to mężczyzna w młodo-średnim wieku. Miał bardzo krótko ostrzyżone włosy koloru popielatego. Swoimi ciemnoniebieskimi oczyma patrzył na uczniów z całkowitą powagą, może nawet lekką wrogością i obrzydzeniem. Drobny zarost dodał mu charakteru spojrzenia. Ten dobrze zbudowany człowiek nosił na sobie kurtkę chūnina. Uczył jedynie płeć męską – od żeńskiej była pani, której lekcje polegają głównie na gimnastyce.

Sensei od sztuki walki wręcz krzyknął:
- Do szeregu zbiórka!
Wszyscy chłopcy pobiegli do senseia i ustawili się w szeregu. Nauczyciel przyjrzał się wszystkim z wrogością i powiedział głośno:
- A teraz gadać mi tu! Kto rozwalił to drzewo?! – Wskazał je ręką.
Zapadła wręcz grobowa cisza. Po chwili przerwał ją głos Nanjiego, mówiący głośno:
- A co to?
Ów chłopak podbiegł do jednego z kolegów. Ten miał długie, brązowe włosy, ciemne oczy oraz śniadą cerę. Ubrany był w czarną koszulę z długim kołnierzem i rękawami, a także w spodnie o tożsamym kolorze. Nazywał się Keizu Nedoji. Nanji z jego w połowie otwartego plecaka wyjął pokrowiec z bronią i go czym prędzej otworzył. Zrobił wtedy zdziwioną minę i podszedł do senseia. Podsunął mu zdecydowanym ruchem tę torbę i niemal krzyknął:
- Tyle broni wystarczyłoby do zniszczenia całego budynku!!!
Keizu lekko zmieszany odparł:
- To nie ja, ktoś musiał mi to podrzucić, poza tym do zniszczenia tego budynku niepotrzebna by mi była broń. Słyszałem, jak ktoś rzuca kunaiami w drzewo, to zapewne sprawka tej osoby.
- W ogóle nie podoba mi się ta sytuacja – odpowiedział Takeshi. - To kto przyznaje się do winy?! Tylko mi tu nie kłamać!
Po chwili nagle obok senseia pojawił się jakiś dorosły ninja. Szepnął coś mu do ucha, co trochę trwało. Równie cicho Hikamura mu odpowiedział, ale tym razem krótko. Shinobi kiwnął głową, na co tamten mu odpowiedział. W końcu nowoprzybyły potwierdził głośno:
- Hai!
Zniknął. Niektórzy rozejrzeli się dosyć zdziwieni tą sytuacją. Sensei Takeshi przerwał tę ciszę, mówiąc:
- Arato, odwróć się w moją stronę.
Nanji się odwrócił. Nauczyciel powiedział do niego w miarę spokojnym - wyglądającym odrobinę na rozkazujący - tonem:
- Dwadzieścia pięć kółek wokół akademii. I w ogóle mnie nie obchodzi, że złapiesz poważną kolkę albo usłyszysz dzwonek. Masz je zrobić! I nie próbuj uciekać... Jak już to załatwisz, przyjdź do senseia Kazumy.
Po tej kwestii pan Hikamura wziął głęboki wdech, po czym zwrócił się tym razem do pozostałych uczniów płci męskiej:
- A wy dziesięć kółek wokół boiska, truchtem!

Nanji pobiegł wokół akademii, a Yamashita wokół boiska – ok. 200 metrów na okrążenie. Rozmyślał przy okazji o paru sprawach, w tym o tym, co się stało przy aktualnie przewróconym drzewie. Ale bardziej interesował się dalszą fabułą książki, którą czytał, toteż o niej myślał. Po pewnym czasie w końcu wszyscy przebiegli 10 okrążeń. Chłopak był już nieco zmęczony tym biegiem. No, ale przynajmniej nie odpadł po paru, jak to zwykle robił, z czego się ucieszył. Wszyscy po przebiegnięciu ustawili się w szeregu. Podszedł do chłopaków sensei Takeshi i powiedział:
- Dzisiaj nie będzie to tym razem ciężka lekcja. Miejcie przynajmniej taką nadzieję... Postanowiłem, że dziś będziecie rzucać do celu. Możecie używać kunaiów, shurikenów albo innych małych broni miotanych, które nie rozwalą niczego, tak jak tamto drzewo! Ryūjin! Chodź tu ze mną!
- Dobrze, już idę! – odpowiedział oficjalnym tonem Yamashita. Po chwili on i sensei poszli do wejścia w akademii. Weszli. Skierowali się w stronę magazynu. Gdy tam dotarli, Takeshi powiedział:
- Weź dwie tarcze strzelnicze i chodź ze mną.
- Ossu – odpowiedział chłopak. Wyciągnął dwie tarcze strzelnicze, a sensei trzy. Obaj poszli z powrotem na dwór. Yamashitę aż cisnęło zadać pytanie, czemu pan Takeshi był tak zdenerwowany. Wiedział jednak, że to nie miało większego sensu, toteż szedł dalej, milcząc.

Obaj wyszli z akademii i ustawili gdzieś na skraju boiska pięć tarcz. Po tej czynności młody Ryūjin wrócił do szeregu. Hikamura się odezwał:
- Będziecie rzucać, nawet pomimo tego, że oceny taijutsu zostały wystawione. Chciałem sprawdzić, czy wasze umiejętności rzucania wam nie spadły albo nie wzrosły. Oceny z tego nie będą się wliczać do średniej z taijutsu! Postanowiłem też, że wszyscy będziecie to robić piątkami, by było szybciej. Po was będzie płeć żeńska. A jeżeli już wszyscy to zrobicie, to będziecie mieli nieco zabawy! Ta, zabawy... Będziecie mogli walczyć ze sobą wręcz!
Niektórzy na wieść o tym już się ucieszyli. Zaczęli także hałasować, przez co sensei Takeshi uciszył ich gwizdkiem. Po tym zaczął mówić:
- Macie wszyscy trzy możliwe rzuty! A teraz wyczytana piątka niech podejdzie to tarcz!
Następuje chwilowa cisza, którą sensei przerywa, wywołując pierwsze pięć nazwisk, wśród których nie było Yamashity. Ten się usadowił wygodnie na trawie i patrzył, jak rzucają. Komuś – Keizu mianowicie – nawet w ogóle nie chciało się tego robić, przez co dostał jedynkę. „Heh, dobrze, że oceny już wystawione… Inaczej szczęścia bym mu nie życzył”, pomyślał. Po tej piątce sensei Takeshi wywołał następną:
- Ryūjin! Kiske! Mokuza! Ishiwatari! Jeki!
Yamashita na dźwięk swojego nazwiska podszedł do tarczy. Gdy już był naprzeciwko niej, wyjął z kabury ze trzy kunaie, które przełożył na lewą rękę. Jedynie jeden zostawił w prawej. Tym właśnie mierzył tor lotu broni. Starał się skoncentrować. Gdy już uznał, że był gotów, rzucił pierwszy. Trafił dwa paski od środka. Nie było źle! Chłopak wziął drugi kunai do prawej ręki. Podobnie wymierzył i się skoncentrował, po czym rzucił. Jeden pasek od środka. „Jeśli tak dalej pójdzie, będzie tym razem środek”, pomyślał z uśmiechem. Wziął do prawej ręki trzecią broń. Po odpowiednim przygotowaniu się rzucił. I trafił tam… gdzie drugim kunaiem. Wyniki nie były może zatrważające, ale nie wyglądało to źle. Gdy już rzucili wszyscy, sensei Takeshi podszedł do tarczy Yamashity. Przyjrzał się kunaiom uważnie, po czym stwierdził:
- Nieźle… Cztery.
Chłopak odszedł spod tarczy. Usadowił się tam, gdzie przedtem, i oglądał kolejnych uczniów rzucających kunaiami. Nawet zauważył dopiero na tej lekcji pewną dziewczynę, która aktualnie robiła pompki. Była ona szczupła, trochę nawet wysoka. Miała trójkątną twarz, łagodne rysy twarzy, duże oczy barwy jasnej zieleni, mały, wąski nos i bladoróżowe usta. Na nosie nosiła okulary o prostokątnych szkłach, w czarnej oprawie. Jej włosy miały kolor wściekłej czerwieni, obcięte na zapałkę, z jednym ciemnozielonym pasemkiem z przodu, dłuższym od reszty włosów, sięgającym ramienia. Nosiła na sobie czarne spodnie o szerokich nogawkach i fioletową bluzkę z krótkim rękawem, z wyszytym czerwoną nicią jakimś wzorem. To była chyba głowa ptaka z otwartym dziobem, ale Yamashicie nie chciało się przybliżyć, by się temu przyjrzeć. Tym niemniej dziewczyna nazywała się Katsuri Ishoju. Jak chłopak zauważył w czasie chodzenia do akademii, z niewieloma osobami rozmawiała, a jak już, miała problemy z wysławianiem się. Teraz dopiero jak ją wywołano, przestała robić pompki. Z kolei jemu samemu znowu trafiła się niezła migrena. Chłopak złapał się za głowę. Po chwili ból ustał. „Nie no, mogłem się posłuchać Shimizu i iść komuś o tym powiedzieć…”, pomyślał.

Po tym, jak rzucili już wszyscy, Takeshi zagwizdał, a potem krzyknął:
- Dobra! Wszyscy uczniowie i uczennice, do dwuszeregu zbiórka!
Cała klasa ustawiła się w odrobinę widocznej białej linii w dwuszeregu. Oboje nauczycieli, on i Hikaru, stało naprzeciwko wszystkich uczniów. Na tej lekcji akurat Yamashita za bardzo nie oglądał się na tę drugą, ale teraz znowu ją widział, tym razem dłużej. Sensei Hikaru Ishigawa, nauczycielka taijutsu (głównie gimnastyki) dziewcząt, z twarzy wyglądała całkiem przyzwoicie. Co prawda, symbolem urody być nie mogła, ale twarz miała ładną. Jej krótko ostrzyżone, ciemnobrązowe włosy opadały niewiele pod potylicą. Oczy miała koloru niebieskiego. Można z nich było odczytać obecnie, że nastawienie do uczniów miało u sensei charakter w miarę przyjazny. Na tej lekcji ubrała się odrobinę lekko: nosiła na sobie białą koszulę z krótkim rękawem oraz emblematem Konohy na piersi, a także mocno granatowe spodenki, której nogawki sięgały do kolan. Pan Hikamura powiedział do wszystkich:
- Dobrze, sprawdziliśmy już wszystkich z rzucania bronią miotaną. A teraz, tak jak obiecałem, będziecie ze sobą mogli powalczyć wręcz. Jeśli chodzi o zasady, to pamiętajcie, że jest to teren akademii ninjutsu, a nie pole walki na śmierć i życie. Tak więc zostawcie gdzieś po boku broń albo chociaż korzystajcie z niej rzadko, skoro już tak BARDZO chcecie. I oczywiście korzystanie z jakichkolwiek technik ninjutsu w czasie walk jest zabronione. A ci, którzy nie chcą walczyć, będą mieli co robić. W końcu Arato jeszcze wykonuje te kółka, więc będzie miał towarzystwo…
Yamashita zobaczył akurat po raz kolejny biegnącego obok ściany akademii Nanjiego. Chwilę później monolog kontynuowała już tym razem sensei Hikaru:
- Uzgodniliśmy z senseiem Takeshim, że walczący ze sobą nie muszą być tej samej płci. Jeśli jakiś pan wyrazi chęć, to może walczyć nawet z którąś z dziewcząt.
Po tej kwestii Hikamura już zabrał głos:
- Czy we wszystkich kwestiach wyraziliśmy się jasno? Pytać, jak macie jakieś wątpliwości! A teraz ruszcie tyłki i dobierzcie się w pary!

„W pary?”, pomyślał Yamashita. „No litości, a ja nie mam z kim walczyć… Chyba że… Nie, w życiu się do tego nie posunę!”. Podeszła do niego Shimizu i zapytała:
- Nie wiem, Yamashita… Może byśmy razem powalczyli?
- Shimizu… Wiesz, że tego nie chcę, nawet w ramach treningu.
- Tyle że wiesz, ciężko ci będzie znaleźć kogoś do pary…
- Powiedziałem ci coś!
- Dobra, jak chcesz…
- Poza tym prędzej czy później ktoś mi się nawinie pod rękę. A z kim chcesz powalczyć?
- Nie wiem, chociaż się domyślam… Dobra, wymyślę po drodze, miłego treningu!
- Dzięki…
Shimizu pobiegła w inną stronę. Tymczasem Yamashita rozglądał się po boisku. Chyba już prawie każdy znalazł sobie partnera do sparringu. Popatrzył między innymi na to, jak Katsuri walczyła z pewnym chłopakiem. Miał on średniej długości włosy koloru ciemny blond zaczesane do tyłu oraz smukłą twarz. Nie mógł się za bardzo przyjrzeć jego oczom, chociaż można było po nich odczytać pewne niewyspanie. Nazywał się Shun Arachi. „Nie wiedzieć czemu, ten gość coś mi się nie podoba…”, pomyślał Yamashita. „Nie wiem, co umie, ale nie chciałbym być na miejscu Katsuri.”.

- Ryūjin! Chodź! Wyznaczę ci partnera! – krzyknął nagle Hikamura. Yamashita przerwał myśli i odpowiedział, biegnąc w jego stronę. Zauważył jednak kogoś jeszcze. Kiedy już dotarł, przyjrzał się chłopakowi stojącemu obok senseia. Miał on szare oczy i długie, czarne włosy, przewiązane z tyłu cienkim, czarnym sznurkiem. Po twarzy widać w nim było stoicki wręcz spokój oraz opanowanie. Ciało miał szczupłe, ale silne i zahartowane. Jego dłonie były obwiązane bandażami. Yamashita nie mógł sobie w żadnym wypadku przypomnieć, kiedy widział je bez nich. Tamten jeszcze nosił białe ubranie pozbawione jakichkolwiek ozdób: koszulka, krótkie spodnie do kolan oraz sandały. Na plecach miał drewniany kij o długości około 160 cm. Chłopak ten nazywał się Dōji Habashiru. Yamashita ze zdziwieniem spytał się senseia:
- Sensei, on ma być moim przeciwnikiem? Jest mocny, tyle powiem…
- Nie narzekaj, Ryūjin, to albo bieganie z Arato! – powiedział donośnym tonem sensei Takeshi.
- A, też prawda… - odpowiedział chłopak, po czym zwrócił się w stronę swojego przeciwnika:
- W porządku, no to się sprawdźmy… Wiem jednak, jak bardzo jesteś dobry w taijutsu, więc proszę cię o to, byś nie był dla mnie taki… ostry. Nie żebym się bał, ale po prostu, nie wiedzieć czemu, ostatnio jestem jakiś taki osłabiony.
- Nie mogę ob
  [Jak uwiesc kobiete] Wstyd...
Kolejność narodzin

Wiele badań wskazuje, że kolejność narodzin dziecka w rodzinie ma kolosalny wpływ na jego rozwój psychologiczny, społeczny i zawodowy. Na przykład, spośród dwudziestu trzech pierwszych astronautów amerykańskich, dwudziestu było jedynakami lub dziećmi pierworodnymi. Proporcjonalnie więcej pierworodnych idzie na studia. Jednak w sytuacjach wywołujących lęk, pierworodni bardziej się denerwują i mają większą potrzebę kontaktu z innymi ludźmi niż bardziej niezależne osoby urodzone w dalszej kolejności.
Rodzice bardziej się denerwują i troszczą o zdrowie i przyszłość swoich pierworodnych niż urodzonych w dalszej kolejności (łagodnieją stając się doświadczonymi rodzicami). Stawiają przed pierworodnymi wyższe cele i ideały niż przed młodszymi dziećmi i w efekcie są wobec nich bardziej wymagający. Jeżeli pierworodne dziecko ma w sobie “to coś" (kompetencję, umiejętności, inteligencję), wówczas ten zwiększony rodzicielski nacisk zaowocuje sukcesem społecznym i zawodowym. Dziecko będzie wtedy bardziej się starać, walczyć o różne nagrody i osiągnie sukces. Ale jeśli dziecko nie ma zdolności, a mimo to poddawane jest takim samym naciskom, efektem jest doznawanie niespełnienia oczekiwań i niskie poczucie własnej wartości. Dr Lucille Forer, psycholog kliniczny, twierdzi, że “pierworodni (tak dziewczynki, jak chłopcy) posiadający młodsze rodzeństwo przejawiają większą potrzebę akceptacji niż jedynacy i urodzeni w dalszej kolejności. Dlatego pierworodni mają na ogół niższe poczucie własnej wartości niż młodsze dzieci".
Jest więc prawdopodobne, że bardzo wielu pierworodnych czuje, iż nie dorosło do celów stawianych przez mamę i tatę. Jak w świetle tego wszystkiego kolejność narodzin wiąże się z nieśmiałością? Skoro z reguły pierworodni mają poczucie niespełnienia oczekiwań, to być może są też bardziej nieśmiali niż osoby urodzone w dalszej kolejności. Częściowe poparcie dla tej tezy można znaleźć w wynikach naszych badań, które mówią, że znacząco więcej pierworodnych dzieci jest nieśmiałych, podczas gdy znacząco wyższy procent dzieci urodzonych później nie jest nieśmiałych. Wśród studentów nie ma różnic pomiędzy pierworodnymi i urodzonymi w dalszej kolejności w zakresie rozpowszechnienia nieśmiałości. Być może nieśmiali pierworodni nie dochodzą do etapu studiów, gdyż ich niskie poczucie własnej wartości, poczucie nie spełniania oczekiwań i brak przebojowości nie pozwalają im wspiąć się tak wysoko - choć są tak samo inteligentni jak reszta.
Na zależność między kolejnością urodzin i popularnością dziecka wśród rówieśników można też spojrzeć z punktu widzenia mniejszego zakresu władzy, jaki ma młodsze rodzeństwo. Możliwe, że uczy się ono bardziej skutecznych strategii interpersonalnych (np. negocjacji, ingracjacji, perswazji, kompromisu), gdyż nie dysponuje tego rodzaju władzą, jaką posiada starsze rodzeństwo. Skoro tak, to dzieci urodzone w dalszej kolejności powinny być bardziej popularne i lubiane przez swoich rówieśników. Przekonującego poparcia dla tego rozumowania dostarczają badania grupy naukowców z południowej Kalifornii. W dużej próbie 1750 dzieci w wieku szkolnym, dzieci urodzone w dalszej kolejności okazały się być bardziej popularne niż ich pierworodni rówieśnicy (wskaźnikiem była liczba wyborów na partnera w przyjaźni i zabawie). Także oceny nauczycieli wskazywały, że dzieci urodzone w pierwszej kolejności są mniej skuteczne w używaniu strategii społecznych w sytuacji klasy i zabawy.
Wyniki te wskazują na jeszcze jedno możliwe wyjaśnienie powstawania nieśmiałości u dzieci pierworodnych. Są one mniej popularne, gdyż w mniejszym stopniu niż dzieci urodzone w dalszej kolejności rozwinęły w sobie umiejętności społeczne. Dla dzieci urodzonych w dalszej kolejności umiejętności społeczne są warunkiem przetrwania w kontaktach ze starszym rodzeństwem, które jest większe, mądrzejsze i twardsze. Żeby osiągnąć swoje cele uczą się one posługiwać wybiegami i fortelami zamiast siłą. We współzawodnictwie o społeczną kontrolę nad otoczeniem działają raczej jak przebiegli bokserzy wagi lekkiej niż jak potężni miotacze ciosów wagi ciężkiej. Po drodze jednak mniej popularni pierworodni z większym prawdopodobieństwem przyczepią sobie etykietę “nieśmiały", gdyż słusznie spostrzegają siebie jako “niepopularnych". Według tego sposobu rozumowania nieśmiałość jest pochodną braku popularności, a nie odwrotnie.
Najambitniejsze badania nad związkiem nieśmiałości z kolejnością narodzin przeprowadzono w Uniwersytecie Kalifornijskim. Obserwowano rozwój 252 dzieci od urodzenia (w 1928 roku) do czasu osiągnięcia dojrzałości. Praktycznie w każdym wieku (od 7 do 14 lat), którego dotyczyły zebrane dane, dziewczynki były bardziej nieśmiałe niż chłopcy, a pierworodni chłopcy byli bardziej nieśmiali niż chłopcy urodzeni w dalszej kolejności tylko do wieku 7 lat. Później kolejność narodzin nie była w znaczący sposób związana z nieśmiałością. W wieku lat 14, w próbie chłopców nieśmiałość całkowicie znikała! Ten spadek nieśmiałości u chłopców na początku okresu dojrzewania pojawiał się również w przypadku chłopców bojaźliwych fizycznie, nadwrażliwych i cierpiących na konkretne lęki. Informacje te pochodzą od matek, a nie z samoocen samych dzieci. Być może matki nie przyznawały się do wszystkich “negatywnych"' cech swoich synów, gdyż nie pasowały one do męskiego ideału, jaki chciałyby w nich widzieć. Możliwe, że wraz z odejściem ideału mężczyzny - he-mana w stylu Johna Wayne'a - jakiego jesteśmy obecnie świadkami, współczesne matki będą w stanie lepiej opisać rzeczy takie, jakimi są, a niejakimi chciałyby, żeby były. Mamy na to dowody.

Wrażliwość na nieśmiałość

Dzieci są zupełnie niewrażliwe na nieśmiałość swoich rodziców - bardzo rzadko trafia się dziecko, które określa swojego rodzica jako nieśmiałego. Wśród rodziców dzieci, które badaliśmy, prawie połowa przyznawała, że jest nieśmiała, natomiast dzieci oceniały jako nieśmiałych tylko 10% tych rodziców. Jest to zrozumiałe, gdyż rodzice zajmują w domu pozycję autorytetu, mają kontrolę nad dziećmi i prawdopodobnie nie odkrywają przed nimi swojej nieśmiałej strony. Ponadto, ponieważ wiele dzieci uważa nieśmiałość za coś niepożądanego, przypuszczenie, że mogłaby ona dotyczyć rodziców, może być zagrażające. W tak młodym wieku rodzice są wciąż jeszcze idealizowani jako wszystkowiedzący i wszechmocni, a w żadnym razie nie wydają się tępi, brzydcy, czy słabi. Gdy jednak poprosi się te same dzieci o wymienienie nieśmiałych nauczycieli, są one w stanie to zrobić. Nie jest to więc niemożność oceny nieśmiałości u dorosłych, lecz niechęć do przyznania, że dotyczy ona rodziców.
A jak radzą sobie rodzice z wykrywaniem nieśmiałości u swoich dzieci? Na pierwszy rzut oka nasze dane wskazują, że współczesne matki są dość wrażliwe na odcienie uczuć i działań swoich nieśmiałych dzieci, natomiast ojcowie są na to niewrażliwi. Nie-nieśmiali ojcowie nie byli zbyt trafni w ocenie nieśmiałości u swoich dzieci. Natomiast nieśmiali trafnie opisywali swoje dzieci jako nieśmiałe w dwóch trzecich przypadków. W żadnym razie nie byli jednak równie precyzyjni w ocenie swoich nie-nieśmiałych dzieci. Najwrażliwszy i najskuteczniejszy “system radarowy" wykrywający nieśmiałość mają nieśmiałe matki. Wiedzą one, czy dziecko jest nieśmiałe (80% trafnych rozpoznań), czy nie-nieśmiałe (75% trafnych rozpoznań). Tak wysoki poziom trafności należy do rzadkości w badaniach psychologicznych nad spostrzeganiem interpersonalnym.

Rodzice wywołujący nieśmiałość

Jakich rodziców mają nieśmiałe dzieci? Wśród dzieci nieśmiałych ojców trzy czwarte jest nieśmiałych. Podobna proporcja pojawia się w przypadku nie-nieśmiałych ojców i ich nie-nieśmiałych dzieci. Nie-nieśmiałe matki także mają więcej nie-nieśmiałych dzieci niż matki nieśmiałe. Ta sama relacja dotyczy nieśmiałych matek - 62% ich dzieci to dzieci nieśmiałe. Tak więc ogólnie rzecz biorąc, w około 70% przypadków rodzice i dzieci mają tę samą etykietę - przejawiają wspólną tendencję do bycia nieśmiałymi.
Choć tak wysokie podobieństwo skłaniałoby nas ku temu, by przyznać rację teoretykom cech osobowości i zgodzić się, że nieśmiałość dotyczy całych rodzin, musimy zachować ostrożność. Nieśmiałe dzieci rzadko zdarzają się w rodzinach, gdzie oboje rodzice nie są nieśmiali. Jeżeli jedno z rodziców jest nieśmiałe to zwiększa to prawdopodobieństwo, że dziecko także będzie nieśmiałe, lecz rodziny, w których oboje rodzice są nieśmiali nie mają więcej nieśmiałych dzieci niż te, w których tylko jedno z rodziców jest nieśmiałe.
W naszych badaniach nieśmiałość rodziców silnie korelowała z nieśmiałością dzieci. Ale gdy przyjrzeliśmy się rodzeństwu tych dzieci, okazało się, że raczej nie było ono nieśmiałe. Jedna z możliwych interpretacji jest następująca: istnieje wysokie prawdopodobieństwo, że nieśmiali rodzice będą mieli przynajmniej jedno dziecko podobnie nieśmiałe jak oni. Prawdopodobnie będzie to ich pierwsze dziecko. Następne dzieci są nieśmiałe rzadziej, ze względu na stosunkowo niższe wymagania, jakie rodzice im stawiają. Ponadto, rodziny podświadomie przydzielają swoim członkom role do odgrywania - na przykład: “Jon to ten, co dużo mówi", a “Harold to ten co biernie słucha". Tak więc każde samookreślenie się dziecka jest częściowo modyfikowane przez oczekiwania, jakie przejawiają wobec niego inni. Jon więcej mówi przy obiedzie, żeby nadrobić brak reakcji nieśmiałego Harolda. To przyjmowanie ról nie jest świadome. Oczekiwania grupy mogą też oddziaływać w kierunku stłumienia nietypowego zachowania jednego z jej członków - np. cichy Harold, który nagle “za dużo mówi" zostanie zignorowany.
Jak już nasi rodzice, rodzeństwo, przyjaciele i wrogowie ustalający jesteśmy, ich działania zmierzają do tego, żebyśmy się nie zmienili, bez względu na konsekwencje. Uzupełniają lub usprawiedliwiają nasze braki, tłumią nasze wyskoki i utrzymują nas na stałym kursie, żeby mieć pewność, że zachowujemy się w sposób dla nas typowy. Ich scenariusz i mapa nawigacyjna zbyt często dokładnie określają, co w naszym przypadku znaczy “typowy".
W jaki sposób działają oczekiwania dotyczące tego, jak “powinniśmy" się zachować, dobrze ilustruje ten oto list do kolumny porad magazynu kobiecego, w którym opisany jest problem Nortona:

“Droga Redakcjo!
Mój mąż jest niemal doskonały. Jesteśmy małżeństwem od trzech lat i jest nam ze sobą dobrze, ale jest jeden problem. Kiedy jesteśmy wśród ludzi, Norton jest bardzo cichy. Ciągle się za niego usprawiedliwiam, mówię np. «Norton jest dziś zmęczony» lub «Norton nie za dobrze się czuje». Kiedy jesteśmy sami wszystko jest w porządku, ale w towarzystwie Norton się zamyka. Ludzie wciąż pytają mnie, czy nie jest chory. Czy macie dla niego jakąś radę? Albo dla mnie?
Żona Nortona"

“Droga Żono!
Powiedz Nortonowi, że małomówność ludzie czasem biorą za nieżyczliwość, więc, żeby ich zadowolić, niech spróbuje być bardziej towarzyski. Ale nie dokuczaj mu z tego powodu. Norton jest prawdopodobnie nieśmiały i zbyt usilne nakłanianie z Twojej strony może sprawić, że poczuje się jeszcze bardziej skrępowany".

Norton wszystkich denerwuje. Jest nietowarzyski, nieżyczliwy, szalony, chory, wyczerpany. Jest skrępowany, a także “prawdopodobnie nieśmiały". Cierpi na to wszystko. Jedyne, co wiemy z całą pewnością to to, że nie mówi w towarzystwie tyle, ile jego żona chciałaby, żeby mówił. Nie spełnia jej oczekiwań i to ją wytrąca z równowagi. Zanim jednak doradzi się jej, co zrobić z problemem Nortona, powinno się mieć pewność, że nie jest to “problem żony Nortona". Na przykład?
ü Może Norton będąc sam na sam z żoną jest równie cichy jak w towarzystwie. Może to nie on zmienia się w tych dwóch sytuacjach, lecz zmieniają się jej oczekiwania.
ü Może to pani Nortonowa zmienia się w towarzystwie - mówi zbyt wiele lub zachowuje się w sposób, który wprawia jej męża w zakłopotanie. Dlatego właśnie on się zamyka.
ü Może Norton nie lubi jej znajomych i poświęca się towarzysząc jej, a jest zbyt taktowny, żeby jej o tym powiedzieć.
ü Może w towarzystwie, w jakim obraca się pani Nortonowa wszyscy mówią dużo lub mówią o sprawach, które Nortona nie interesują, lub na których się nie zna. Jego milczenie może więc być świadomie wybranym sposobem ratowania twarzy (lub sposobem na oszczędza nie zakłopotania żądnej towarzyskiego sukcesu żonie).
ü Może pod milczeniem Nortona ukrywa się irytacja wywołana rozmową, zwykle pełną uprzedzeń i nietolerancji, lub oburzenie wulgarnością tej rozmowy.

A poza tym, dlaczego nikt nie mówi Nortonowi wprost, że uważa go za kulę u nogi? Ostatnia, ale wcale nie najmniej istotna interpretacja syndromu “Cisza na froncie Nortona" odwołuje się do jego nieśmiałości. Dlaczego żona Nortona musiała czekać aż na diagnozę kolumny porad, żeby zidentyfikować nieśmiałość Nortona? Często rodzice wywierają na swoje dzieci ten sam rodzaj nacisku społecznego, “zmuszając" je do tego, by stały się nieśmiałe, a potem nie dostrzegając problemu, który sami stworzyli.

Nieśmiałość i szkoła

“Po to, żeby się rozwijać i dobrze się uczyć, dziecko powinno mieć zaufanie do swojego otoczenia i poczucie bezpieczeństwa w relacjach z innymi. Zaufanie i poczucie bezpieczeństwa mamy wtedy, gdy żyjemy w świecie z jednej strony dość uporządkowanym i przewidywalnym, a z drugiej strony elastycznym i dającym swobodę w eksperymentowaniu, badaniu i radzeniu sobie z nowymi, nie znanymi sytuacjami.... Ciepli i wyrozumiali nauczyciele pomagają dziecku nauczyć się dzielić z innymi dziećmi wspólną przestrzeń, przedmioty, zabawki, uczucia, uwagę i współżyć z grupą innych dzieci szczęśliwie i z powodzeniem".
Opis w katalogu, Przedszkole Bing Pało Alto, California. Ten opis, idealnego z punktu widzenia dziecka domu i szkoły, jest receptą na przeciwdziałanie nieśmiałości. Wszystkie dzieci mają potrzebę przynależności. Powinny czuć, że dom i szkoła są miejscami bezpiecznymi, miejscami, gdzie uznaje się ich osobistą wartość, gdzie ich opinie są cenione, a indywidualność pielęgnowana. Dom i szkoła powinny stanowić schronienie przed lękiem, a nie źródło pierwszych zwątpień we własne możliwości. Powinny być źródłami siły, gdzie dziecko intuicyjnie poznaje potęgę bezwarunkowej miłości i korzyści płynące z nauki, jak się uczyć.
Szkoła jest dla nieśmiałych dobrym ukryciem, jeśli tylko nauczyciele nie zdają sobie sprawy, że unikają oni brania udziału w zajęciach, a nie są ujmująco biernymi uczniami. Nasze wizyty w szkołach i rozmowy z nauczycielami szkół podstawowych potwierdziły dane uzyskane w poprzednich badaniach - nauczyciele z reguły nie dostrzegają nieśmiałości u swoich uczniów. 8 Badania te wykazały brak korelacji między samoopisami dzieci i ocenami nauczycieli. Gdy poprosiłem nauczycieli o wskazanie nieśmiałych uczniów, niektórzy twierdzili, że takich nie ma, a inni potrafili rozpoznać zaledwie kilkoro z dzieci okaleczonych przez nieśmiałość. Nauczyciele, którzy sami byli nieśmiali dostrzegali więcej nieśmiałych wśród swoich uczniów, co oznacza, że byli bardziej świadomi ich obecności.
Marilynne Robinson, utalentowana nauczycielka klas drugich, jest uwrażliwiona na problemy, jakie nieśmiałość stwarza uczniom oraz na rolę szkoły w nasilaniu się tych problemów:

“W klasie nieśmiałe dzieci boją się biegać i tańczyć w rytm muzyki. Kiedy zada im się pytanie, ledwo można usłyszeć ich głos, a często też odpowiadają «Nie wiem». Boją się śpiewać i mówić przy klasie, a także z reguły boją się popełniać błędy. Siedzą z boku i czekają, aż ktoś zaprosi ich do zabawy. Jeżeli nikt tego nie zrobi, czasem krążą wokół placu zabaw, a czasem nagle odkrywają, że mają «chory palec» i muszą iść do pielęgniarki.
Jak długo rodzice, społeczność i instytucje będą przywiązywać tak dużą wagę do stopni i umiejętności czytania, tak długo nasze dzieci będą niezbyt pewne siebie i nie będą umiały w pełni cieszyć się swoim życiem. Z powodu silnego nacisku na umiejętność czytania w naszym szkolnictwie, ci, którzy gorzej sobie radzą są zniechęcani już na samym początku. Stają się prawdziwymi więźniami w naszych szkołach. Weźmy przypadek Jay Jay. Jay Jay był przyjaznym, żywym dzieckiem u progu drugiej klasy. Pochodził z nizin społecznych i mówił łamaną angielszczyzną. W połowie pierwszej klasy spadł do tzw. słabej grupy. W tamtych czasach, ku mojemu przerażeniu, w naszej szkole dzieliło się dzieci na grupy «dobre», «średnie» i «słabe» w zależności od umiejętności czytania. Ponieważ nie udało mi się skłonić moich przełożonych do zmiany tego systemu, zaproponowałam, że wezmę «słabą grupę». Miałam wielkie plany, jak to poprawię ich obraz siebie i pomogę im nauczyć się świetnie czytać. Dzieci wkrótce uzmysłowiły sobie, że są w «słabej grupie» i że nie ma sposobu na «awans» - «średnie» i «dobre» klasy były przepełnione. Jay Jay'owi dokuczano z powodu tej «słabej grupy», ale on wciąż ciężko pracował. Lata mijały, a Jay Jay wciąż był w «słabych grupach». Jak raz, na początku trafi się do jakiejś szufladki, rzadko znajdzie się sposób, żeby wspiąć się wyżej.
Jay Jay odkrył, że cieszy się pewnym poważaniem z powodu swoich osiągnięć sportowych. Ten sposób działał do momentu, gdy jego koledzy urośli, a on pozostał mały. W wyższych klasach szkoły podstawowej nie było już mowy o luźnej, rekreacyjnej grze w piłkę. Teraz w sporcie obowiązywało prawdziwe współzawodnictwo. Dla małych chłopców, takich jak Jay Jay, nie było miejsca w «prawdziwych» sportach. Jay Jay przeszedł teraz do ósmej klasy. Skoro świetnie mu idzie zabawa w rabowanie («Masz stówę? Szukaj. Dawaj»), czy w hazard w szkolnej ubikacji, może mu się uda także w półświatku i być może skończy w innej instytucji stworzonej przez nasze społeczeństwo - w więzieniu".

“Gdyby Jay Jay był zdolniejszy, nie miałby kłopotów z nieśmiałością i brakiem wiary w siebie!" to nie tak, nawet w przypadku wyróżniających się intelektem studentów nauk ekonomicznych, gdzie miarą wartości człowieka są jego umysłowe możliwości. Co kilka lat mamy bowiem do czynienia z inflacją. Dokładnie w chwili, gdy jesteś gwiazdą szkoły podstawowej, przychodzi czas przejścia do szkoły średniej, potem do college'u, na studia uniwersyteckie, do pracy itd. Przy każdym takim rytualnym przejściu jedynie najlepsi mogą iść dalej, ale i tak w nowej, mniejszej, bardziej elitarnej grupie połowa z nich znajdzie się poniżej przeciętnej. Gdy wartość człowieka jest do tego stopnia oparta na porównaniach społecznych, a stawki wciąż rosną, trudno nie obawiać się tego, że inni odkryją, iż od początku tylko blefowałeś.
W szkole nr 25 w Nowym Jorku, w klasie szóstej pani Gainey, piątek był dla nas dniem rozrachunków. Rano pisaliśmy testy, które pani Gainey oceniała w czasie przerwy na lunch (któż był w stanie jeść?). Gdy zbieraliśmy się znów po przerwie, cała trzydziestka sprzątała swoje rzeczy ze “starych" ławek i stawała na baczność pod ścianami. Czekaliśmy na wiadomość, komu zabije dzwon, a komu zagrają fanfary. Na podstawie kombinowanej średniej wyników testów, byliśmy uszeregowywani od l do 30 i na tej podstawie przydzielano nam nowe miejsca w klasie. Najlepsi i najzdolniejsi z przodu, od lewej do prawej, w pierwszym rzędzie ławek, najbliżej biurka nauczyciela. Między ambitnymi małymi prymusami zawsze było sporo napięcia zanim ustalono, czy utrzymają swoje wysokie miejsca, czy przesuną się jeszcze wyżej w stronę pierwszego miejsca w pierwszym rzędzie. W to wszystko zamieszana była też płeć - czy w tym tygodniu jakiś chłopiec będzie lepszy od Joanie, czy też dziewczynki będą nadal okupować najlepsze miejsca?
Jak już nauczycielka wyczytała dziesięć początkowych nazwisk i pierwsi uczniowie zajęli swoje miejsca, zajmowała się niezbyt istotnymi dziećmi ze środka stawki i napięcie nieco malało. Gdy pani Gainey docierała do ostatniej dziesiątki dzieci, nerwowo przestępujących z nogi na nogę z tyłu klasy, wszystkie oczy znów były na nie zwrócone. Każdemu wyczytywanemu nazwisku towarzyszył stopień z matematyki, stopień z ortografii, stopień z historii i z nauk ścisłych. W miarę jak stopnie stawały się coraz słabsze, uśmiechy zmieniały się w parsknięcia śmiechu. Czasami trzeba było gryźć się w język, żeby się głośno nie roześmiać, podczas gdy ci nieszczęśnicy wili się w męczarniach. Nauczycielka napominała nas, żebyśmy się z nich nie śmiali, bo któregoś dnia to my możemy się znaleźć na ich miejscu i będzie nam przykro, ale nic to nie pomagało. Trudno sobie to wyobrazić! Jak zwykle “Baby" Gonzales zwiastował koniec stawki. Byłem pewien, że robi to celowo i że swój status w klasie opiera na tym, czy usłyszy sakramentalne: “I ostatni w tym tygodniu znów pan Gonzales". Nikt się nie śmiał i na niego nie patrzył - “Baby" był największy w klasie i “źle współpracował i bawił się z innymi".
Mogę się wczuć w sytuację “Baby" Gonzalesa. Ale przecież do niedawna sam gnębiłem swoich studentów. Byłem częścią systemu, który zmusza studentów do publicznego wygłaszania referatów, a nie do wymiany myśli w małym gronie. Nieświadomie zachęcałem do współzawodnictwa o stopnie, a nie do uczenia się po to, by poradzić sobie z intelektualnym wyzwaniem. Zmieniłem się wtedy, gdy mój eksperyment z więzieniem uświadomił mi, że stałem się strażnikiem sprawującym kontrolę, a badania nad nieśmiałością pokazały, co przeżywają moi więźniowie-studenci. Na podstawie dokonanych w klasie obserwacji dzieci, uważnej obserwacji studentów w sytuacjach eksperymentalnych i w naszej klinice nieśmiałości, możemy pokusić się o następujące wnioski na temat nieśmiałych uczniów i studentów:
niechętnie inicjują rozmowy czy działania, niechętnie występują z nowymi pomysłami, zgłaszają się na ochotnika i zadają pytania;
ü niechętnie wyjaśniają sytuacje dwuznaczne;
ü zgodnie z oczekiwaniami, w trakcie większości kontaktów z kolegami, nieśmiali studenci mówią mniej niż inni, tolerują więcej okresów milczenia w rozmowie i mniej przerywają;
ü swobodne sytuacje bez wyraźnej struktury, jak np. zabawa taneczna, stawiają przed osobą nieśmiałą szczególne problemy, które nie występują w kontekstach, w których zasady stosownego zachowania są jaśniejsze, jak np. na wykładzie;
ü w sytuacjach, w których należy wykazać inicjatywę w kontakcie męsko-damskim, nieśmiali mężczyźni mają większe trudności z rozpoczęciem rozmowy niż nieśmiałe kobiety; mężczyźni mniej mówią i w mniejszym stopniu nawiązują kontakt wzrokowy;
ü nieśmiałe kobiety, gdy są niespokojne więcej się uśmiechają i przytakują;
ü w czasie oficjalnej rozmowy nieśmiali studenci rzadziej posługują się gestami rąk;
ü nieśmiałe dzieci więcej czasu spędzają na swoich miejscach,
mniej chodzą po klasie i rozmawiają z niniejszą liczbą dzieci;
ü są posłuszne i rzadko sprawiają kłopoty;
ü nieśmiali są rzadko wybierani na specjalne funkcje, takie jak wykonywanie specjalnych, odpowiedzialnych poleceń nauczyciela;
ü nieśmiali są rzadziej nagradzani społecznie i odwzajemniają się mniejszą ilością ciosów niż nie-nieśmiali.

Nieśmiałość w klasie

“Proszę pani! Może mi pani pomóc? Nie mogę sobie z tym poradzić".
“Już, Robercie. Czego nie zrozumiałeś z dzisiejszej lekcji?"
“Nie pamiętam co pani powiedziała o tym jak te liczby się dzielą".
Nauczycielka pomaga i Robert samodzielnie kończy rozwiązywać zadanie. Następnie zaczyna, bawić się w puszczanie samolotów razem z innymi dziećmi, które przyłączają się do zabawy w miarę, jak kończą rozwiązywać zadanie. Warren nie kończy na czas, choć cały jest zagłębiony w zadaniu. Nie bierze udziału w zabawie i dostaje “niedostatecznie" z lekcji. Podwójny kłopot dla Warrena.
Taki scenariusz powtarzał się na wielu lekcjach, które obserwowaliśmy - zmieniały się tylko imiona uczniów i tematy lekcji. Te zdolniejsze dzieci, które nie były nieśmiałe, bez wahania prosiły nauczyciela o pomoc i za każdym razem ją otrzymywały. Warren, tak jak inni nieśmiali “słabeusze", nie umiał ani poradzić sobie z pracą, ani poprosić o pomoc. Nawet mając obok taki model jak Robert, któremu tak łatwo przychodziło otrzymywanie pomocy, Warren nie mógł się zmusić do tego, żeby podnieść rękę i zwrócić na siebie uwagę nauczyciela, choć tak bardzo jej potrzebował.
Pamiętam, dawno temu, jak byłem w drugiej klasie, pewnego dnia dziewczynka, która siedziała przede mną tak się męczyła i wiła na swoim krześle, że było dla nas oczywiste, gdzie musiała iść. Podniosła rękę, ale pani Bachman tego nie zauważyła. Zaczęła więc machać tą ręką coraz bardziej desperacko, aż zwróciła uwagę nauczycielki.
“Gdzie twoje maniery, młoda damo? Czy nie stać cię na nic więcej niż machanie ręką przed nosem kogoś, kto właśnie mówi? Musisz się nauczyć grzeczności - zaczekaj, aż skończę lekcję i wtedy będziesz mogła zapytać o to coś, co jest takie strasznie ważne. Czy wszyscy to rozumiecie?" “Taak, pani Bachman", odpowiedzieliśmy chórem.
Dziewczynka zmoczyła spodnie, i nie tylko spodnie. Nauczycielka była na nią wściekła, ale dla nas była to najśmieszniejsza rzecz pod słońcem. “Zsiusiała się w majtki. Zrobiła kałużę na podłodze. Nauczycielka się wścieka, ale my chcemy więcej".
Nie pamiętam, jak nazywała się ta dziewczynka, ale świetnie pamiętam, że daliśmy jej przezwisko “Siuśka". Przetrwało ono przynajmniej do szóstej klasy, kiedy to rozeszliśmy się do różnych szkół średnich i nigdy więcej już jej nie widziałem. Zastanawiam się, czy ona też to pamięta, po tych wszystkich latach. Nigdy nie wiadomo jakie są trwałe efekty takich dziecięcych przeżyć, ale założę się, że w jej pamięci nie zostało ono zaszufladkowane w kategorii “śmieszne anegdoty".
Ta nieumiejętność proszenia o pomoc jest jednym z poważniejszych produktów ubocznych nieśmiałości. W opisanym wcześniej przypadku, miała ona wpływ zarówno na osiągnięcia naukowe Warrena, jak i na okazje do kontaktów z innymi dziećmi w zabawie w samoloty. Ta sama niechęć do poszukiwania pomocy z reguły występuje u nieśmiałych studentów. Na pytanie “Gdybyś miał ważny osobisty problem, to czy poprosiłbyś kogoś o pomoc?" większość nieśmiałych odpowiada “Nigdy w życiu".
Jaki więc wkład wnoszą nieśmiali w życie klasy i jak wspierają nauczyciela? Cóż, nie sprawiają kłopotu i nie hałasują, co dodatkowo sprawia, że nie stanowią “problemu". A jakiej informacji zwrotnej dostarczają naszym niedopieszczonym nauczycielom? Na pewno nie jest jej zbyt wiele - nieśmiali nie zadają inspirujących pytań, nie przynoszą do klasy interesujących przedmiotów i opowieści, nie śpiewają przed publicznością, a wielu w ogóle nie śpiewa. I z pewnością nie są pupilkami nauczycieli.
W skrócie rzecz ujmując, nieśmiali nie wchodzą w osobisty kontakt z nauczycielem, nie pozwalają mu służyć radą i fachową wiedzą, którą ten jest gotów zaofiarować, a także w nikłym stopniu reagują na jego wysiłki. Nic dziwnego, że nauczyciele są na nich nieczuli. Wygrali oni bowiem w bardzo niekorzystny sposób z systemem szkolnictwa i ten system pozwoli im ukryć się w miłej ciepłej klasie na następne dwanaście lub dwadzieścia lat, bez żadnej interwencji.
Nauczyciele, tak jak wszyscy inni, też mogą być nieśmiali. Dla nieśmiałego nauczyciela uczenie nie jest zwykłą pracą, do której podchodzi się na luzie. A już zwłaszcza ten straszny pierwszy dzień nowego roku szkolnego. Świadomość, że stoi się przed zupełnie obcą publicznością i że oczekują od nas, że będziemy mówić, wykładać, oświecać, a może nawet i zabawiać, może być paraliżująca10. Nauczycielka szkoły podstawowej tak podsumowuje to uczucie: “W każdym momencie jesteś na scenie, świadom reakcji dzieci... Dzieci zauważą wszystko, co masz na sobie - ubranie, buty, biżuterię. Skomentują nawet to, że umalowałam się szminką innego koloru".
Inny nauczyciel wspomina swoją pierwszą pracę: “Przez pierwszą godzinę myślałem, że ten dzień nigdy się nie skończy, że za chwilę będę miał mdłości, taki byłem zdenerwowany".
Dla niektórych rozwiązaniem może być próba przewidzenia i drobiazgowego zaplanowania swoich działań. A jeżeli tyle uwagi poświęca się opanowaniu zdenerwowania, niewiele jej zostaje. Zauważamy wtedy tylko tych uczniów, których nie sposób pominąć - przebojowe inteligentne gaduły i oczywiście dzieci sprawiające kłopoty. Jeżeli z jakiegokolwiek powodu nauczyciel traci kontrolę nad klasą, uczniowie sprawiający kłopoty zaczynają się mnożyć, a wtedy ma się czas i energię już tylko na utrzymanie dyscypliny.
Niektórzy nieśmiali profesorowie uniwersytetu wolą prowadzić wykłady dla dużej grupy studentów niż kameralne seminaria, choć wymaga to od nich więcej pracy. Czerpią oni poczucie bezpieczeństwa z ustrukturowania sytuacji. Wykład ma ustaloną formułę planu, reguły określające zachowanie słuchaczy i zakłada niewiele okazji do przerywania. Profesor może sobie przygotować pewien schemat gry i trzymać się go - porządną ofensywę, która maskuje słabości obrony. Dla nie-nieśmiałych nieformalny kontekst seminarium stanowi okazję do swobodnego analizowania różnych poglądów; dla nieśmiałych jest przerażającą, pełną tortur drogą wśród pułapek intelektualnych zastawianych przez krytyczne, błyskotliwe lub niezrozumiałe pytania studentów. Co więcej, intymność stwarzana przez małą grupę wyklucza uzyskiwanie dystansu emocjonalnego, na jaki można sobie pozwolić wobec wykładu.
pełnych konfliktów i traumatycznych doświadczeń wskazuje, że “pomimo tak trudnego dzieciństwa, wydaje się jasne, że obecnie, jako dorosłych, mężczyzn tych należy uznać za [normalnych], lub nawet, w większości przypadków, przewyższających innych".
Taka “teoria katastrof rozwoju dziecięcego pozostaje w sprzeczności z tradycyjnymi poglądami, mówiącymi, że środowisko, w którym dziecko jest wykorzystywane i nie zaspokaja się jego podstawowych potrzeb rodzi szaleństwo i zło. Sądzono, że życzliwe, pogodne i bogate otoczenie jest kolebką zdrowia psychicznego i sukcesu w dorosłym życiu. Poparcie tej tezy stanowiły obserwacje dowodzące, że osoby chore psychicznie i wchodzące w konflikt z prawem wywodzą się ze środowisk ubogich lub charakteryzujących się wysokim poziomem stresu. Rozumowanie stojące za tą tezą jest błędne. Jedynie mniejszość tych, którzy wzrastali w trudnych warunkach znajduje się w więzieniach i szpitalach dla umysłowo chorych. Ci, którzy się gną, a nie łamią, mogą się rozwinąć i wykorzystać niezależność konieczną, ażeby wywalczyć sobie znaczące miejsce w społeczeństwie.
Być może następne pokolenie przejdzie przez opisane w tej książce warunkowanie nieśmiałości bez psychicznego paraliżu, jaki niesie ze sobą chroniczna nieśmiałość. Mamy taką nadzieję. Na razie jednak, dobrze byłoby nieco dokładniej zbadać dzieci, które są odporne na wszystko, co dom, szkoła i społeczeństwo robią, żeby uczynić ich nieśmiałymi i niezdolnymi do normalnego funkcjonowania. Wyniki tych badań są pocieszające, gdyż niosą ze sobą nadzieję dla tych dzieci, które muszą stawić czoła najgorszym warunkom, jakie szkoła i dom mogą stworzyć.
Aktorka komediowa, Carol Burnett jest osobą obdarzoną szczególnym talentem - umie rozśmieszać innych. W szczerej rozmowie telefonicznej opowiedziała nam jak dziecięca nieśmiałość stała się dla niej powodem wielu przykrości w domu i w szkole. Opisuje, w jaki sposób jej komizm pomógł jej poradzić sobie z dziecięcym wstydem i obawą, że nie będzie w pełni zaakceptowana, doceniona i podziwiana.
Burnett: Myślę, że na początku byłam dość nieśmiała, zwłaszcza przy mojej matce. Była bardzo, ale to bardzo towarzyską i piękną kobietą. Miała jeden wielki problem - została później alkoholiczką, mój ojciec też. Oboje byli bardzo piękni i atrakcyjni. Ojciec zawsze przypominał mi Jimmy Stewarta, a matka była trochę jak ognista kula. Zdawałam sobie sprawę, że nie jestem ładnym dzieckiem i myślę, że byłam nieśmiała głównie z powodu swojego wyglądu. Kiedy byłam mała, próbowałam to nadrobić osiągnięciami w sporcie - starałam się być dobra w biegach, tak żeby pokonać wszystkich chłopców w szkole. Wydawało mi się, że będą mnie lubić za to, że tak szybko biegam. Zawsze też wygłupiałam się z innymi dziećmi i błaznowałam, bardziej w szkole niż w domu, po prostu, żeby przezwyciężyć obawę, że mnie nie będą lubić, bo jestem biedna i niezbyt ładna.
Zimbardo: Nie byłaś klasowym błaznem, prawda?
Burnett: Nie, ale z kilkoma moimi koleżankami strasznie wygłupiałyśmy się w czasie przerwy obiadowej. W szkole byłam bardzo cicha i byłam dobrą uczennicą - robiłam, co nauczyciel kazał i szanowałam autorytety. W efekcie nie miałam w szkole żadnych problemów. Chłopcy, na których wszystkim naprawdę zależało, np. sportowcy, nie zwracali na mnie specjalnej uwagi, ale później nawiązałam bardzo miłe przyjaźnie z innymi chłopcami ze szkoły, którzy jechali na tym samym wózku co ja.
Zimbardo: To znaczy też byli nieśmiali?
Burnett: Tak, byli trochę nieśmiali i też niezbyt przystojni. I mimo wszystko myślałam sobie tak: «O kurczę, żeby tak kapitan szkolnej drużyny futbolowej uśmiechnął się do mnie, albo żeby wiedział, jak się nazywam». Moja matka chciała, żebym została pisarką - mówiła, że bez względu na to, jak się wygląda, zawsze można pisać. Powiedziałam jej więc: «Dobrze, będę pisarką» i zostałam redaktorem szkolnej gazety w szkole średniej. Byłam całkiem niezła.
Rozpoczęłam studia na wydziale teatralnym i anglistyce w Uniwersytecie Kalifornijskim w Los Angeles pod pretekstem, że chcę uzyskać dyplom z dramatopisarstwa, ale myślę, że tak naprawdę chciałam występować na scenie, tylko nigdy bym się do tego nie przyznała. Mam piękną kuzynkę dziewięć miesięcy starszą ode mnie - drobną, śliczną blondynkę. W dzieciństwie brała różnego rodzaju lekcje śpiewu, tańca i aktorstwa. Pamiętam, kiedy byłam bardzo mała, raz chciałam stepować tak jak ona, ale nie umiałam. Weszłam więc do szafy i zaczęłam stepować. Przestałam jednak w momencie, kiedy moja matka otworzyła drzwi szafy. Przedstawiam moją matkę jak jakiś czarny charakter, a wcale nim nie była. Dobrze się z nią bawiłam i uwielbiałam ją i wiem, że mnie kochała. Tyle, że nigdy nie dostawałam od niej zbyt wiele wsparcia, więc gdy zrobiłam sztukę na uniwersytecie, nie chciałam, żeby ktoś z rodziny o tym wiedział - na wypadek, gdyby to była kompletna klapa. Ze zdumieniem odkryłam, że nie była to klapa. Publiczność się śmiała i nagle na uczelni ludzie zaczęli do mnie podchodzić i mówić: «Słuchaj, widziałem cię w tej sztuce - byłaś
bardzo śmieszna». Zaproszono mnie też na lunch z kilkoma starszymi uczelnianymi grubymi rybami, a ponieważ byłam tylko skromną studentką pierwszego roku, byłam tym nieco przytłoczona.
Potem jakiś chłopak zaczepił mnie kiedyś pytając: «Umiesz śpiewać?», a ja odpowiedziałam: «Umiem, ale nie mogę śpiewać przed publicznością, ani nic w tym rodzaju». A on na to: «Dobra, to jest zabawna piosenka - Lament Adelajdy ze sztuki “Guys and Dolls” No dobrze, skoro jest śmieszna, ale nie każcie mi być poważną, nie mogę być w tym poważna, bo nie wiem jaki mam głos, a jak się nie ma ładnego głosu, to nie chce się śpiewać ładnych piosenek. Zaśpiewałam więc piosenkę komediową i bardzo dobrze mi wyszło. Moja matka przyszła mnie zobaczyć i była oszołomiona. I wtedy połknęłam haczyk - wiedziałam już, że chcę występować w komediach muzycznych. Zdenerwowało to moją matkę i babkę, ale powiedziałam im tak: «W ten sposób naprawdę czuję, że ludzie mnie kochają, że się wyróżniam, że staję się znana. Nie daje mi tego ani pisanie, ani rysowanie». (Byłam całkiem niezłą małą artystką. ) Od tamtej pory najbardziej zależało mi na czyjejś bezpośredniej reakcji na to, co robię. I stąd wzięło się występowanie. Na dziś wygląda to tak, że nie jestem na pełnych obrotach przez cały czas - wiesz, co mam na myśli? Nie jestem regularnym komikiem, godzinami opowiadającym na scenie własne dowcipy. Wciąż bardzo trudno przychodzi mi zaśpiewanie zwyczajnej piosenki.
Zimbardo: Trudno w jakim sensie?
Burnett: Boję się. Wydaje mi się, że ludzie oczekują, że będę śmieszna, a dostaję wiele listów z pytaniami: «Dlaczego nie przestanie Pani od czasu do czasu się zgrywać i nie zaśpiewa jakiejś zwyczajnej piosenki?)) Ludzie biorący udział w przedstawieniu też próbują mnie do tego nakłonić. Robię to czasem, ale nie czuję się swobodnie.
Zimbardo: Dlaczego tak się czujesz?
Burnett: To pozostałość z młodości. Wydaje mi się, że w porównaniu z ludźmi, którzy rzeczywiście śpiewaniem zarabiają na życie (jak Edie Gorme, czy Helen Reddy) jakie ja mam prawo śpiewać normalne piosenki? Mogłabym to zrobić w musicalu ustami jakiejś postaci, ale niejako Carol Burnett, która wychodzi na scenę w pięknej sukni i udaje, że śpiewa normalną piosenkę - to dla mnie spora pigułka do przełknięcia.
Zimbardo: Czy chodzi o to, że jesteś w stanie wyjść z siebie i wejść w rolę, wcielić się w postać, zasłonić maską anonimowości, która w istocie umożliwia osobie nieśmiałej publiczne występy?
Burnett: Właśnie - jestem kimś innym. Nie jestem sobą. To dlatego jest trochę łatwiej, gdy stajesz się kimś innym. A poza tym, wiesz, dla kogoś takiego jak ja, jest to najlepsza praca pod słońcem. Kiedy dorastałam, chodziłam do kina z babcią - oglądałam mniej więcej osiem filmów tygodniowo - a dorastałam w epoce Judy Garland, Betty Grabie, Joan Crawford. Po filmie zwykłe szłam do domu i razem z moimi przyjaciółkami bawiłyśmy się w odgrywanie filmu, który właśnie obejrzałyśmy. Wciąż jeszcze potrafię to zrobić. W jednym tygodniu mogę być Betty Grabie, a w drugim Joan Crawford - mam peruki, kostiumy, orkiestrę - to znaczy, jestem dorosła, ale wciąż jestem dzieckiem.
Zimbardo: Czy wciąż zdarzają się sytuacje, w których czujesz się nieśmiała, gdy nie występujesz i jesteś tą drugą Carol Burnett?
Burnett: Tak, kiedy spotkam kogoś, kogo bardzo podziwiam, a podziwiam wielu ludzi. Na przykład, kiedy po raz pierwszy spotkałam Jamesa Stewarta, nie byłam w stanie się odezwać, bo kochałam go całe życie ponieważ mój ojciec był do niego podobny. Wiesz, co potem zrobiłam? Odwróciłam się i weszłam wprost w wiadro z wapnem, ciągnęłam je za sobą przez całe mieszkanie do wyjścia i nie wróciłam już tam, tak czułam się upokorzona. Dwa lata temu spotkałam Gary'ego Granta i też nie mogłam wykrztusić słowa. A to co już powiedziałam, wolałabym wepchnąć sobie z powrotem do garda. Powiedziałam do Gary'ego Granta: «Jesteś chlubą swojego zawodu». Poczułam się jak prawdziwa idiotka. On powiedział: «Jestem twoim fanem» i był po prostu cudowny, a ja nie byłam w stanie się
odezwać - czułam się jakbym znów miała dziesięć lat. Myślę więc, że niektóre z tych dziecięcych odczuć nigdy nie przechodzą. W pewnym sensie, wolę być nieśmiała w ten sposób niż być zbyt przebojowa. Miło byłoby znaleźć złoty środek, o ile ludzie mogliby czuć się bezpieczni w swoim własnym «ja».
Zimbardo: Tak, nieśmiałość staje się problemem, gdy jest siłą hamującą, która wstrzymuje nas przed robieniem tego co chcemy i moglibyśmy zrobić.
Burnett: I przed mówieniem i robieniem głupot.
Zimbardo: Czy ze swojego doświadczenia z nieśmiałością nauczyłaś się czegoś, co mogłabyś przekazać innym, twoim licznym fanom?
Burnett: Mówię moim trzem córkom, że ważna jest świadomość, że inni ludzie mają takie same problemy jak my, żeby nie być takim egoistą, co to myśli, że świat kręci się wokół tego, co ludzie myślą o twoim wyglądzie, jak się czujesz i co robisz, oraz faktu, że jakiś chłopiec nie podszedł i nie poprosił cię do tańca. Oni nie zawsze cię oceniają i osądzają krytycznie. Oni myślą o sobie i to ty musisz się na to zdobyć i wyjść do ludzi, bo kiedy dotykamy innego człowieka, to w tym samym momencie dotykamy samych siebie pomagamy samym sobie. Naprawdę wierzę, że wszyscy stanowimy jedność. Tak naprawdę jest, im więcej się uśmiechamy i im bardziej jesteśmy otwarci, tym więcej dostajemy w zamian - wiesz przecież, że zbiera się to, co się zasieje. To jest oczywiście slogan, ale jest sloganem dlatego, że jest tak prawdziwy. Więc po prostu nawiązujcie kontakt z ludźmi. Jeśli w szkole zobaczycie dziecko, które jest trochę nieśmiałe, albo nie najlepiej radzi sobie w grupie innych dzieci i wygląda trochę nieszczęśliwie, to powinniście wyciągnąć do niego rękę. Jeśli to zrobicie, to tak jakbyście otworzyły mały kwiat i odkryjecie coś cudownego.
Zimbardo: Tak, ludzie są piękni.
Burnett: To prawda. I potrzebują tylko trochę CMT - trochę czułości, miłości i troski, najlepszego antidotum na nieśmiałość".
Teraz przyjrzyjmy się trudnościom, jakie mają nieśmiali w okazywaniu i otrzymywaniu swojej części CMT.
 



Test kompetencji ucznia klasy
test kompetencji uczniow klas
test kompetencyjny szkoła podstawowa
testów kompetencji z języka polskiego
TEST KOMPETENCJI DLA GIMNAZJALISTÓW
Test kompetencji dla klasy
Test Kompetencji dla klasy 6
Test kompetencji dla klasy VI
test kompetencji podstawowka
TEST KOMPETENCJI UCZNIÓW
test kompetencyjny dla szóstoklasistów
testow kompetencji klas
test kompetencji i
Test z Języka Polskiego
terminie zwrot VAT
  • pozytywizm sprawdzian
  • po;zazyciu;kwasu;borowego
  • lojotok lub lupiez
  • porucznik;borewicz;klan
  • olej opalowy
  • aut of sidi
  • w pelnym sloncu
  • zagraniczne fundusze inwestycyjne 45
  • toshiba satellite m45s359